Amerykanizacja mimo wszystko – remake’owanie koreańskich filmów vs. ich faktyczna dystrybucja

Niniejszy tekst trzeba brać trochę na dystans, dlatego byłabym niezmiernie ucieszona, gdyby ktoś zaprezentował własne zdanie, ponieważ nie należy brać sobie ślepo do serca zdania dziewiętnastolatki, która właśnie w tej chwili rzuca się na głęboką wodę z trudnym tematem. Koreańską kinematografię nie jest tak łatwo wrzucić w szufladkę jak dramy i kpop, myślę, że nie można tu też za bardzo sobie żartować. Chciałabym po prostu porozmyślać sobie publicznie nad tym, dlaczego mimo swojej wspaniałości koreańskie kino nie podbija świata, chociaż rozprzestrzenia się już błyskawicznie dzięki Hallyu wave.

Krąży po internecie pewna opinia, którą całkowicie popieram – kiedy zaczniesz oglądać koreańskie filmy, cała reszta wydaje ci się miałka, nijaka i kiczowata. Oczywiście zdarzają się też i takie z półwyspu, nawet w dużej ilości, ale Korea Południowa ma niezwykłą cechę produkowania ogromnej ilości thrillerów, które w gruncie rzeczy są podobne do siebie (odwieczny temat zemsty…), a mimo wszystko zachwycają zarówno widzów jak i krytyków, z całego świata. Niektórzy posuwają się nawet do teorii, że światowa kinematografia zaczyna się na dzielić na dwa obozy – odwieczne Hollywood i świeżą Koreę. Ameryka już dawno cierpi z nadmiaru filmów, ponieważ te wybitne produkowane w ciągu roku można policzyć na palcach jednej ręki, a festiwale filmowe opływają w filmy ze wszystkich zakątków świata, tylko jakoś z USA bardzo rzadko…

Nic dziwnego, że radar hollywoodzkich producentów po japońskich horrorach i skandynawskich kryminałach został ustawiony na Koreę, co jednocześnie cieszy mnie i smuci. Głośno jest o zapowiedzi remake’u „Oldboya” Park Chan Wooka, który miałby wyreżyserować Spike Lee. Cieszę się, bo to genialny reżyser („Malcolm X” i „Plan doskonały”). Bardzo niedawno (przedwczoraj?) okazało się, że główną rolę zagra Josh Brolin, bo kiedy na początku rozgłaśniano nazwiska Stevena Spielberga i Willa Smitha, odrzucało to mnie. Kiedy bierzesz się za przerabianie głośnego filmu, trzeba włożyć wielki wysiłek, aby nie zhańbić oryginału… „Infernal Affairs” z Hongkongu to mój ulubiony film w ogóle, a amerykańska „Infiltracja” znajdzie się w Top 10 – to przypadek jeden na milion. Ale dzięki temu Amerykanie zapragnęli obejrzeć oryginalną wersję i porównać, więc to chyba jedna z nielicznych zalet remake’ów.

Mimo wszystko najczęstszą sytuacją jest kupowanie praw do filmów sezonowo popularnych lub po prostu jakichkolwiek, kiedy brakuje pomysłów na scenariusz. Popularne w tym roku „Hello Ghost” ma podobno przerobić Chris Columbus. „My Sassy Girl”, legendarna już komedia romantyczna, jest jednym z pierwszych koreańskich filmów, które stały się znane na całym świecie. Doprowadziło to oczywiście do amerykańskiej wersji, ale mało kto wie o „Kłopotach z blondynką”, które jest porażką, od razu przeznaczoną do dystrybucji na dvd. Mamy tez odwrotną sytuację – „Dom nad jeziorem” stał się popularny szczególnie u nas, ale mało kto wie, że jest na podstawie koreańskiego filmu „Il Mare” z Jeon Ji Hyun i Lee Jung Jae.

Jest jeszcze inna opcja niż remake’owanie – sprowadzanie koreańskich reżyserów. I tak się akurat składa, że Park Chan Wook będzie kręcił film na podstawie scenariusza… Wenwortha Millera ze „Skazanego na śmierć”, a Bong Joon Ho i Kim Ji Woon są dopiero w fazie doniesień o amerykańskim debiucie.

Co można więc zrobić, aby zamiast remake’ów, sprowadzić do Polski rzeczywiste koreańskie filmy? Myślę, że nic. Większość krajów świata pożerająca produkty z Hollywood polega również na nim, jeśli chodzi o dystrybucję innych filmów, a wiadomo, że Amerykanie nie lubią czytać napisów. Jeśli chcemy poszukać jakiegoś koreańskiego filmu w Polsce, będą to pozycje festiwalowe z Cannes, Wenecji czy Berlina lub produkty wymienionej wcześniej wielkiej trójcy reżyserów popularnych na Zachodzie – Park Chan Wooka, Bong Joon Ho i Kim Ji Woona. Ewentualnie jakieś filmy udające chińskie wuxia, bo to też popularne.

Cieszę się jednak, bo raz tydzień lub parę można znaleźć koreański film na mniej popularnych stacjach telewizyjnych takich tak Puls, Tele5 czy TV4 – może po prostu większe stacje kupiły wszystkie inne filmy i nie mają czego dawać do swojej ramówki? Ale jeśli uważnie się porozglądać, można znaleźć nawet takie skarby jak „The Chaser”…

Na podstawie newsów z filmweba oraz artykułów z YAM Magazine i blogu KOFFIA.

Reklamy