Maundy Thursday

Maundy ThursdayZnane też jako: Our Happy Time, Urideului Haengbokhan Shigan, 우리들의 행복한 시간

Na podstawie: koreańskiej powieści „Nasze szczęśliwe czasy” autorstwa Gong Ji Young

Gatunek: dramat

Reżyseria: Song Hae Sung

Premiera: 2006

Obsada: Lee Na Young, Kang Dong Won, Yoon Yeo Jung, Kang Shin Il, Jang Hyun Sung

.

Dwoje ludzi spotyka się co czwartek. Oboje są głęboko skrzywdzeni i nie chcą z nikim o tym rozmawiać, ale po pewnym czasie otwierają się, najwyraźniej czując do siebie wielką empatię. Zaczyna ich łączyć specjalna więź, którą można by chyba nazwać miłością… Tyle że głównymi bohaterami tego filmu są Moon Yoo Jung, wykładowczyni na uniwersytecie, która trzy razy próbowała popełnić samobójstwo oraz morderca Jung Yoon Soo, nad którym wisi wyrok śmierci.

Nie ma wątpliwości, że „Maundy Thursday” jest wyciskaczem łez, bo film ten podziałał również na mnie (i pewnie zostawiłby po sobie jeszcze większe wrażenie, gdyby pewna osoba, z którą ten film oglądałam, nie zepsułaby atmosfery w kluczowym momencie!). Normalnie wrzuciłabym go do kategorii dobrych filmów, bo jeśli jakiś potrafi wydobyć ze mnie jakieś emocje, tak jakby dostaje u mnie bonusowe punkty, ale przy „Maundy Thursday” poświęciłabym trochę więcej uwagi wadom i zaletom tego tytułu.

Mogłabym wskazać wiele dobrych stron tego filmu, ale to, co z jego obejrzenia pozostaje na dłuższą metę rozmywa się w uproszczony obraz. Yoo Jung i Yoon Soo nie prowadzą ze sobą jakiś długich konwersacji – „Maundy Thursday” nie polega na dialogach. Film ten nie polega nawet na teraźniejszości, ponieważ w obszernych retrospekcjach poznajemy dotychczasowe życie obojga głównych bohaterów, które zrobiło z nich całkowicie aspołeczne, dosłownie puste skorupy ludzi. To kij, który ma dwa końce.

Z jednej strony w trakcie oglądania tego filmu zastanawiałam się, czym mnie jeszcze dobiją, ponieważ życie Jung Yoon Soo było wyjątkowo tragiczne. Osobiście nie jestem fanką dramatów – to chyba jasne, że obejrzałam „Maundy Thursday” tylko i wyłącznie dla nazwisk Kang Dong Wona i Lee Na Young. Zdecydowanie wolę komediodramaty, które potrafią dodać trochę słodyczy, gdyż paradoksalnie właśnie wtedy dramatyczna część filmu potrafi bardziej mną wstrząsnąć. „Maundy Thursday” natomiast jest filmem od początku do końca depresyjnym, w dodatku z wiadomym zakończeniem, gdyż wyrok Yoon Soo zapadł już dawno. Tak bardzo, jak uwielbiam parę głównych aktorów, tak kompletnie nie pomogli mi w tym, aby wyciągnęła jakąś przyjemność z oglądania. Lee Na Young przydałaby się wreszcie jakaś komedia romantyczna po tylu ciężkich rolach, a Kang Dong Won nie do końca mnie przekonał w tym filmie, bo jest to jeden z jego pierwszych i zdarzyła mu się dziwna scena płaczu.

Z drugiej strony jednak „Maundy Thursday” nigdy nie skręca w stronę melodramatu. Po prostu nie wyczułam w tym filmie żadnych tanich chwytów nastawionych na zdobycie sympatii widza. Tak jak życie Yoon Soo było nieprawdopodobnie nieszczęśliwe, nie było to podkreślane do granic możliwości, a także nie znajdzie się w tym filmie aktorskiej przesady. To niezwykłe jak na fakt, iż miałam przecież do czynienia z koreańskim filmem, a naród ten kocha swoje sentymenty…

Można przeczytać setki słów o niuansach gry aktorskiej w „Maundy Thursday” oraz całej gamie uczuć, ale jak wspomniałam, z czasem całość zlewa się w coś prostszego oraz zapomina się o takich szczegółach. Tak naprawdę z „Maundy Thursday” najbardziej zapadły mi w pamięć jedynie zakończenie oraz ogólna ponurość. Czy jest to film gody polecenia? Po chwili zawahania powiedziałabym, że raczej tak, chociaż tak naprawdę nie potrafię spojrzeć na ten film oczami osób, które lubią dramaty.

Reklamy