Dream

5Znane też jako: Sen, Sad Dream, Bimong, 비몽

Na podstawie: pomysł oryginalny

Gatunek: dramat

Reżyseria: Kim Ki Duk

Premiera: 2008

Obsada: Odagiri Joe, Lee Na Young, Park Ji Ah, Jin Tae Hyun, Jang Mi Hee

.

Nie jestem wielką entuzjastką filmów w reżyserii Kim Ki Duka. W całości widziałam w życiu tylko trzy – „Krokodyla”, „Wyspę” i „Real Fiction” – więc może to kwestia tego, że dopiero mam przed sobą jego najlepsze, najbardziej chwalone tytuły. Przyznam, że prawie zawsze nie rozumiem ich przekazu, więc może z tego powodu paradoksalnie „Dream” jest filmem dla mnie… Bo zdziwiłam się, kiedy spotkałam się negatywną opinią na jego temat i stwierdzeniem, że to najgorsze dzieło Kim Ki Duka, nieposiadające jego magii. Dla mnie był to wreszcie film, który szło zrozumieć i który prezentował interesujący pomysł.

Film zaczyna się od snu głównego bohatera Jina, w którym potrąca kogoś samochodem. Kiedy się budzi, okazuje się, że dokładnie takie samo wydarzenie miało miejsce tej samej nocy, jednak sprawcą jest kobieta o imieniu Lee Ran. Ona w ogóle tego nie pamięta i zarzeka się na komisariacie, że tym czasie spała w swoim domu, jednak kamera wyraźnie ją złapała. Potem bohaterowie odkrywają, że łączy ich niezwykła relacja… Jin wciąż nie może się otrząsnąć po jego ostatniej dziewczynie, kiedy Ran nienawidzi swojego byłego chłopaka i wolałaby nie mieć z nim do czynienia. Kiedy jednak Jin zasypia i śni o swojej dziewczynie, Ran wykonuje wszystkie rzeczy z jego snu odpowiednio nawiedzając wciąż swojego byłego. Powoduje to jej wielką wściekłość, więc muszą znaleźć sposób na ten problem lub po prostu nie spać. Wróżka radzi im zakochać się w sobie…

„Dream” jest bardzo smutne i pomimo hasła, iż jest to film o miłości, prowadzi nieuchronnie do nieszczęśliwego finału. Osobiście bardzo lubię tematykę snu i to, jak można to przedstawić w filmach lub powieściach, dlatego ten film bardzo przypadł mi do gustu. Jest rozedrgany, gdzieś w środku mamy genialną scenę wyimaginowanej (?) konfrontacji wszystkich czterech bohaterów pośrodku pola i ma po prostu taki złowieszczy klimat. Można by się doszukiwać różnych symboli, ponieważ z pewnością nie należy oczekiwać po Kim Ki Duku dosłowności, jednak wolę nie robić usilnych interpretacji i tylko przejechać się po powierzchni.

Pod tym względem można zauważyć oczywiste, wizualne podkreślenie tego, że bohaterowie „dzielą to samo przeznaczenie” i „są jedną osobą”. Uzupełniają się po prostu niczym ying i yang – kobieta i mężczyzna, Koreanka i Japończyk, ona prawie zawsze ubrana w biel, kiedy on w czerń. Można się przyczepić, że Odagiri Joe mówi wszystkie swoje kwestie po japońsku, kiedy Lee Na Young oczywiście po koreańsku i doskonale się rozumieją, jednak ja wolę tłumaczyć to sobie tym, że albo podpada to pod koncepcję snu, w którym wszystko jest możliwe, albo to kolejny przykład tego uzupełniania się.

Tematyka, którą lubię i uwielbiani przeze mnie aktorzy – nie trzeba było mi więcej, aby „Dream” przypadło mi do gustu. Osobiście polecam ten film.

Reklamy