War of Flowers

War of FlowersZnane też jako: Blooded Palace: The War of Flowers, Cruel Palace, Cruel Palace: War of Flowers, Blood Palace, Palace’s Cruel History: War of Flowers, Once Upon a Time in a Palace, Goongjoongjanhoksa: Kkotdeului Jeonjaeng, 궁중잔혹사: 꽃들의 전쟁

Na podstawie: pomysł oryginalny

Gatunek: dramat historyczny

Ilość odcinków: 50 x 70 min.

Premiera: 2013

Obsada: Kim Hyun Joo, Lee Deok Hwa, Song Sun Mi, Jung Sung Mo, Go Won Hee, Woo Hyun, Jung Sung Woon, Kim Joo Young, Jeon Tae Soo, Son Byung Ho, Jung Sun Kyung

.

Spotkanie z Maestro

Obejrzałam pierwszą w swoim życiu dramę scenarzysty Jung Ha Yeona. Nastąpiłoby to pewnie szybciej, gdyby „Flames of Desire” nie odrzuciło mnie jako makjang lub pojawiłyby się napisy do „Queen Insoo”, ale prawda jest taka, że chyba musiałam dorosnąć do jego dram lub przynajmniej przeczytać wystarczająco dużo pochwał na jego temat, aby zwyczajnie nastawić sobie w głowie, że „Jung Ha Yeon jest świetny”.

I naprawdę jest, mój mózg nie jest do końca wyprany przez elitarną grupę miłośników dram, którzy narzekają i wspominają dawne czasy. Co prawda „War of Flowers” mogło się dłużyć w środku, bo nie ma takich cudów, żeby pięćdziesiąt odcinków dramy było zachwycających każdy z osobna, ale mimo to czułam tę jakość, która przewyższała większość sageuków, jakie do tej pory widziałam. Co ciekawe, chodzi o scenopisarską jakość, bo znajdziecie na moim blogu trzy dramy historyczne, które oceniłam wyżej – „Arang and the Magsitrate”, „The Princess’ Man” i „Tree With Deep Roots”. W ich przypadku zadecydował o tym wyższy czynnik rozrywki lub piękniejsza strona wizualna. Bo skąd niby stacja kablowa jTBC ma wziąć pieniądze, żeby nakręcić powalający tasiemiec? Poza tym „War of Flowers” nie było nastawione na dostarczanie rozrywki per se, to coś o wiele bardziej ambitnego i próba interpretacji historii, a nie wykorzystanie jej do stworzenia kolejnego romansu wykorzystującego rzeczywiste postacie historyczne w sposób dowolny.

Nie będę się jakoś rozpisywać nad fabułą, „War of Flowers” stawia sobie w centrum wydarzeń konkubinę Jo, jedną z największych femme fatale w koreańskiej historii obok oczywiście Jang Hee Bin. Była kochanką króla Injo, który potocznie kojarzy się tylko z tym, że zabił własnego syna, księcia-sukcesora Sohyuna. Jest to jeden z najmroczniejszych okresów w koreańskiej historii, ponieważ Injo objął tron po obaleniu Gwanghaeguna, który długo nie miał dobrej reputacji w filmach i dramach, doznał wielkiego upokorzenia ze strony dynastii Ming, kiedy musiał upaść na kolana przed chińskim cesarzem, a książę Sohyun wraz z żoną stali się zakładnikami. Potem jest jeszcze kwestia okrutnej rywalizacji jego kobiet między sobą, aż w końcu konkubina Jo urosła w rankingach i miała wielki wpływ na Injo, podjudzając go do zabicia najstarszego syna, aby jej własne dziecko stało się królem.

Uzasadnione szaleństwo

Jak łatwo się domyśleć, ta historia nie ma happy endu. Normalnie narzekałabym, że próbowano użyć triku na widzach, nakręcając mocny początek i zakończenie w celu stworzenia klamry, kiedy to, co ją wypełniało w środku, było już gorszej jakości, ale kiedy w „War of Flowers” pierwsze dwa odcinki naprawdę tak mnie wbiły w ziemię, że byłam gotowa wystawić jej ocenę 10/10, tak z czasem jakość wizualna tej dramy rzeczywiście spadła. Wciąż mieliśmy tę samą, piękną scenografię, ale podejrzewam, że napięty grafik zdjęć nie pozwolił kręcić tylko i wyłącznie o dogodnych porach dnia, kiedy światło jest najlepsze. To już nawet nie kwestia tego, że nagle zapomniano nałożyć na obraz odpowiedniego filtra kolorów, co pewnie nie jest wcale czasochłonne, a wrażenia estetyczne zdecydowanie podskoczyłyby, gdyby wszyscy tak robili, nie pozwalając swoim dramom stać się szarą masą…

Dobra, zaczynam się już motać w dygresjach, a chciałam powiedzieć tyle, że początek i koniec „War of Flowers” z pewnością nie są na tym poziomie technicznym, wizualnym, estetycznym, jakkolwiek to nazwać, ale mamy położone w tych miejscach mocne akcenty. Konkubina Jo zostaje ukamienowana, ale tak dobrze przedstawiono tę scenę, że wywołała ona u mnie całkowitą satysfakcję z obejrzenia tej dramy, nawet kiedy w jej trakcie byłam już nieco zmęczona intrygami i wrzaskami. Reżyser No Jong Chan wykonał znakomitą pracę – nie wiem, czy kiedykolwiek widziałam tak świetne wykorzystanie slow-motion, ponieważ nie było one używane jako bajer. Pamiętam trzy przypadki jego użycia, które sprawiły, że sceny zawierające go zyskały ogromny impet – pokłon Injo chińskiemu cesarzowi, Jo podczas swojego „treningu” na konkubinę, kiedy stała w deszczu i próbowała go poczuć całą swoją skórą oraz jej ukamienowanie właśnie.

Reszta dramy to siedzenie konkubin w komnatach i plecenie intryg. Teoretycznie ma to takie zabarwienie makjangu, szczególnie kiedy w grę wchodzi maniakalny chichot, jednak ich działania były absolutnie uzasadnione i MIAŁY SENS, bo można było odczuć desperację konkubin, które mogły złapać jedyną szansę w życiu, umrzeć lub żyć gdzieś w cieniu z wielkim żalem. Przejście konkubiny Jo, znanej wcześniej jako Yam Jeon, z sympatycznej córki nałożnicy, która uparcie gania za gburowatym Nam Hyukiem, upadłym szlachcicem, w prawdziwy czarny charakter było fascynujące. Oczywiście zostało rzucone hasło, że gdyby wyszło jej małżeństwo z nim i nie zostałaby sprzedana do pałacu, nie stałaby się żadna tragedia przedstawiona w tej dramie. Nie jest to jednak usprawiedliwianie konkubiny Jo – obok Su Ae w „Queen of Ambition” Kim Hyun Joo zagrała prawdziwą antybohaterkę, bo Jang Ok Jung od Kim Tae Hee była trochę udawaną.

W ogóle obsada w „War of Flowers” jest fantastyczna. Jeon Tae Soo grający Nam Hyuka, który pojawia się w różnych momentach życia Yam Jeon, to właściwie jedyny słaby element, ponieważ wielka kłoda z niego (choć szalenie przystojna…). Geniuszem jest dla mnie obsadzenie Lee Deok Hwa w roli króla Injo. Jest to mimowolnie zabawny aktor, który wciąż gra prezesów, chaeboli, gangsterów i inne takie szemrane postacie, a tutaj dzięki jego angażowi „War of Flowers” staje się nieco bardziej prowokacyjne… Ma w końcu intymne sceny z dużo młodszymi od siebie aktorkami! Debiutantka Go Won Hee jako młodziutka królowa Jangryul niespodziewanie mocno się trzyma naprzeciw weteranów, po Song Sun Mi można się było spodziewać tylko dobrych rzeczy (nie mogę uwierzyć, że to jej pierwszy sageuk!), ale czarnym koniem tej dramy stał się dla mnie Woo Hyun grający głównego eunucha króla. Niespodziewanie była to rola, która wyszła daleko poza człowieka stojącego gdzieś z boku i skarbnicę sekretów.

„War of Flowers” to najlepszy sageuk w tym roku pod tym względem, że to drama prawdziwie historyczna. Pojawia się w jej trakcie narrator, który dopowiada fakty historyczne po skończeniu każdego wątku, ale nie jest to stricte biografia, ponieważ Jung Ha Yeon pozwolił sobie na własne interpretacje oraz lekkie złamanie kanonu w kwestii przedstawiania postaci historycznych, które stały się już stereotypowe. Jestem niezmiernie zadowolona z tego, że zdołałam obejrzeć taką dramę. jTBC to jednak znak jakości…

Ocena:

Fabuła – 10/10

Kwestie techniczne – 7/10

Aktorstwo – 10/10

Wartość rozrywki – 7/10

Średnia – 8,5/10

Reklamy