Natura oglądania dram – o rutynie i przewijaniu

Nie ukrywam, że przewijam dramy. Niektórzy mówią, że oszukuję, ale przy tylu tytułach, które oglądam, po co mam tracić czas, kiedy mogę przewinąć trzy minuty gadania rady nadzorczej lub sceny, w której teściowa wyżywa się na synowej, zawsze o to samo?

Zostałam niedawno zapytana, które dramy mi się podobają i doszłam do wniosku, że w sumie każda zaczyna się dobrze, a kończy beznadziejnie, bo taka jest natura koreańskich dram – nie potrafią utrzymać równego poziomu od początku do końca. Usłyszałam zatem, że po co dalej oglądam coś, co mi się nie podoba? Gdybym się miała nad tym zastanowić, nie istnieje żaden dobry powód, dla którego miałabym ciągnąć do końca nielubiane dramy. Z drugiej strony czy w ogóle skończyłabym coś oglądać poza paroma wyjątkami, które potwierdzają regułę? Zazwyczaj wmawiam sobie, że zmęczę dramę, żeby potem wyżyć się na niej w recenzji, ale prawie zawsze nawet mi się nie chce przypominać jej detali, bo najchętniej wyrzuciłabym ją z pamięci, jak najszybciej… Dużo częściej moją jedyną motywacją (choć bardzo efektywną!) jest fakt, że będę miała zaliczony kolejny tytuł z lubianym aktorem albo zwiększę ilość recenzji na blogu. Innymi słowy chodzi o rosnące statystyki.

Powiem wam jednak, że takie gadanie w stylu „po co oglądasz, jak narzekasz?!” uważam za bezsensowne. Weźmy na przykład filmy. Wiele razy zdarza nam się obejrzeć coś słabego, ale o wiele częściej trwamy do końca niż po prostu wyłączamy film. Być może gdybym rzeczywiście tak robiła, miałabym o wiele więcej czasu dla siebie, ale ja nie posiadam jakiegoś innego hobby, więc co by mi zostało w życiu? Siedzenie na fejsie i kwejku (czego nie potrafię pojąć u innych ludzi)?! Dochodzę do wniosku, że zdecydowanie chodzi tu o te godziny spędzone z przystojnymi twarzami aktorów…  Przynajmniej w moim przypadku.

Czyżby to było uzależnienie..? Wiesz, że nie powinieneś/aś, ale i tak to robisz? Chciałabym dać szansę innego spojrzenia na swoje zainteresowanie dramami, pożyczając pytania z My Drama Tea. Uważam, że to naprawdę daje do myślenia, więc zastanówcie się, ile obejrzanych dram…

  1. naprawdę wyróżniało się jako obowiązkowa pozycja lub coś, co można obejrzeć kilkukrotnie? (prawie żadna, bo nie potrafiłam nawet obejrzeć po raz drugi teoretycznie podobającego mi się „Iris” na Tele5)
  2. było wyjątkowych/innych niż wszystko to, co do tej pory obejrzałeś/aś? (na początku wszystko jest nowe, a potem człowiek przyzwyczaja się do dramowych stereotypów…)
  3. skończyłeś/aś dla lubianego aktora/aktorki/postaci? (ZDECYDOWANĄ WIĘKSZOŚĆ)
  4. było totalnie beznadziejnych, ale i tak dotrwałeś/aś do końca? (ZDECYDOWANIE ZA DUŻO)
  5. było po prostu przeciętnych, więc teraz nawet nie potrafisz sobie przypomnieć szczegółów? (znowu za dużo i do tego beznadziejne dramy o wiele bardziej zapadają w pamięć niż te, które są „w porządku”)

Trudno jest znaleźć wiele azjatyckich dram, które byłyby naprawdę dobre, bo takich powstaje zaledwie kilka na rok, więc od razu można by zmienić zainteresowania. W tym momencie absolutnie nie nazwałabym siebie fanką j-dram, ponieważ sporadycznie jakieś oglądam i w ogóle nie orientuję się w sezonie. Jak znajdę coś dla siebie, jest to najczęściej kwestia przypadku, dlatego sądzę, że chyba nic nie będzie mi się tak podobało w tym roku jak „River’s Edge Okawabata Tanteisha”. Jest to totalnie rzecz gustu. Po pierwsze Odagiri Joe w głównej roli, a po drugie specyficzny styl reżysera uwielbianego przeze mnie „Mahoro Ekimae Bangaichi”.

Dochodzę więc do najważniejszej kwestii – oglądamy za dużo dram, które nie są tego warte. Gdyby się zastanowić nad tym, ile tytułów w sezonie jest oryginalnych, ma ciekawą fabułę, wybitne aktorstwo lub jest artystycznie nakręconych, można dojść do wniosku, że po co w ogóle oglądać dramy, skoro tyle z nich jest po prostu powieleniem znanego schematu? Dodałabym jednak, że zupełnie tak samo jest z kpopem. Wychodzi tyle piosenek, o których można zapomnieć w ciągu trzech tygodni, a po miesiącach/latach wraca się do naprawdę ułamka z nich wszystkich.

Reklamy