źródło: profil facebookowy Centrum Kultury Koreańskiej

2015 The Warsaw Korean Film Festival [Dzień 2]

Trwa właśnie Warsaw Korean Film Festival (30 listopada – 4 grudnia) organizowane we współpracy z Centrum Kultury Koreańskiej, podczas którego 7 koreańskich filmów będzie wyświetlane w trzech warszawskich kinach wraz z towarzyszącymi temu wydarzeniami. Postanowiłam, że brak znajomych, którzy mieliby czas, aby pojechać ze mną, nie przeszkodzi mi we wzięciu udziału w tym festiwalu, szczególnie że same bilety na seanse były darmowe. Tak więc spodziewajcie się codziennych relacji, a o to pierwsza z nich.

Dlaczego zaczynam od dnia drugiego, a nie pierwszego? Powód jest banalny – tegoroczny Warsaw Korean Film Festival rozpoczął się w poniedziałek, 30 listopada, galą otwarcia i pokazem filmu „Revivre”, na które trzeba było mieć zaproszenie. Dopiero dużo później po rezerwacji swoich biletów (m.in. na powtórkowy seans „Revivre”) okazało się, że zaproszenia są rozdawane na Facebooku, tak więc podarowałam to sobie, skoro i tak nie ominę tego filmu.

Jest to tak naprawdę pierwszy festiwal filmowy w moim życiu. Byłam na dodatkowych pokazach filmów z Festiwalu Pięciu Smaków we Wrocławiu i w Poznaniu (lata temu), dlatego widząc wówczas brak jakiejkolwiek „festiwalowości”, również teraz nie spodziewałam się wiele. Byłam zatem mile zaskoczona obsługą wolontariuszy, wydanymi broszurami oraz ogólną oprawą wizualną (standami itp.), które sygnalizowały, że jednak przyszłam na jakiś festiwal.

Co mnie jeszcze zaskoczyło? Przed przyjazdem do Warszawy mówiłam swojej znajomej z przekąsem, że pewnie widownia Warsaw Korean Film Festival będzie się przedstawiać następująco: w największej ilości fani kpopu idący na wszystko, co koreańskie (zabiło mnie, kiedy usłyszałam gdzieś za sobą szept „czy to Lee Min Ho?” podczas reklam), a potem filmowi hipsterzy, przypadkowi ludzie i goście z Korei, dokładnie w tej kolejności. Rzeczywisty tłum, który przyszedł do Kina Muranów w dniu wczorajszym, składał się zaskakująco w większości ze starszych ludzi, entuzjastów szeroko pojętego kina. Tyle z moich uprzedzeń.

Drugi dzień festiwalu (czyli 1 grudnia) zakładał w swoim programie projekcję filmu „Koniec zimy”/”End of Winter” wraz z następującą po nim sesją pytań z jego reżyserem, Kim Dae Hwanem, a wcześniej wykład prof. Andrzeja Pitrusa z Uniwersytetu Jagiellońskiego na temat współczesnego kina koreańskiego. Byłam bardziej podekscytowana tym drugim, chociaż przeczuwałam jednocześnie, że nie dowiem się niczego nowego…

I tak rzeczywiście było. Pan profesor uprzedził na wstępie, że tak naprawdę to nie będzie wykład, ale bardziej jego opowieść o osobistych doświadczeniach z koreańskim kinem. DSC_0661Z pewnością musiało to być interesujące spotkanie dla laika, który z kinematografią akurat tego państwa miał w życiu niewiele do czynienia i/lub dopiero teraz się dowiedział o jej światowym fenomenie, ale w moim przypadku nawet wymienione tytuły filmów nie były niczym, czego bym nie widziała. Również wnioski pana profesora Pitrusa nie różniły się od moich. Oznacza to, że kino koreańskie jest tak uniwersalne w odbiorze czy może to ja aspiruję do zostania polskim znawcą w tej wąskiej dziedzinie? Temat tym bardziej był mi znany, ponieważ pan profesor skupił się w głównej mierze na współczesnych dziełach z XXI wieku czyli z okresu prawdziwej popularności tego kina poza granicami Korei.

Gdybym miała streścić zawartość wykładu, przedstawiał on w bardzo przystępny sposób, dlaczego w ogóle kino koreańskie jest fenomenem? I tak, jak wiele razy pisałam na blogu przy podsumowaniach box office – po pierwsze jest to jeden z nielicznych przypadków, w których mieszkańcy kraju dużo częściej chodzą na filmy rodzime niż hollywoodzkie (choć dodam, że rzeczywiście taka sytuacja trwa dopiero od jakiś 4-5 lat, na marginesie podsumowanie kinowe tego roku wkrótce!).

Patriotyzm.

Brak kompleksów wobec kina zachodniego.

Konwencje gatunkowe – bo w amerykańskim kinie tak łatwo się nie łączy komercji ze sztuką…

Przy okazji „Shiri” wspomniano o inspiracjach kinem Hongkongu, szczególnie tego w reżyserii Johna Woo, do czego sama doszłam podczas seansu „Lepszego jutra” na Festiwalu Pięciu Smaków – wiecie jaka „dumna” poczułam się z siebie?

W każdym razie najnowsza kinematografia koreańska została podzielona na trzy kategorie, które z grubsza obejmują jej istotę – „spektakularne kino akcji” („Shiri”, „Joint Security Area”), „Oldboy i inni” (czyli o kinie „niczym kimchi”, łączącego różne smaki/gatunki) oraz „kameralne kino artystyczne” (z naciskiem na dorobek Lee Chang Donga i wspomnieniem o „Oasis” i „Poetry”). Pomyślałam sobie wtedy, że brak słowa o genialnym „Peppermint Candy” może był spowodowany tym, że ten film akurat wcale nie jest kameralny…

Wskazano także filmy Kim Ki Duka jako te, spinające klamrą to wszystko, czyli łączące GWAŁTOWNOŚĆ i POEZJĘ. Znowu wspomniane tytuły były mi dobrze znane, mimo że tak naprawdę wcale nie jestem dobrze zaznajomiona z tym reżyserem – sama również polecam „Crocodile” i „The Isle”, jedne z jego najstarszych filmów.

Drugą wskazaną klamrą były filmy otwarcia i zakończenia tego festiwalu – „Revivre” Lim Kwon Taeka oraz „Ode to My Father” Yoon Je Gyuna jako filmy o rodzinie, emocji i nastrojach. Szczerze mówiąc, nie podzielam entuzjazmu tym drugim tytułem, bo mimo że go nie widziałam, doskonale wiem, jak będzie wyglądał. Zresztą nie dostałam nawet na niego biletów – zostaje mi obejrzeć we własnym zaciszu kopię, która leży mi na dysku od ponad pół roku i wciąż się prosi o odpalenie…

Natomiast jeśli chodzi o wczorajszy pokaz „Końca zimy”, nie był aż tak popularny wśród widzów. Kim Dae Hwan jest debiutującym, młodym reżyserem, ale jego obraz był zaskakująco dojrzały, choć również bardzo ciężki w odbiorze, przez co większość widzów opuściła salę przed spotkaniem z reżyserem, a także nie padło wiele pytań. Właściwie nie było wiadomo, o co pytać, kiedy na początek prof. Pitrus zadał te najistotniejsze. Sama potrzebowałam więcej czasu, aby przetrawić „Koniec zimy”, który jest o rodzinie z problemami, która utknęła razem z powodu śnieżycy, tak więc za niedługo napiszę może jego recenzję…

Ogólnie przekonałam się po raz kolejny, że ciężko u mnie z kinem „mocno niezależnym”, jeśli brakuje w nim stymulantów w postaci przemocy lub elementów thrillera… Jednak to już kwestia gustu. Jestem bardzo dobrze nastawiona do pokazywanego dzisiaj „A Midsummer’s Fantasia”, głównie z powodu dobrych rzeczy, jakie słyszałam na temat tego filmu podczas pobytu w Korei. Do jutra!

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s