Prawie się obraziłam na ten program na dobre, ale z drugiej strony trudno go ignorować, kiedy wciąż jest popkulturowym fenomenem w Korei… Czas zatem podsumować variety show, które dyktowało moje weekendowe poranki, choć trzeba przyznać, że nigdy się tak dobrze nie ogląda sztucznych dramatów w stylu reality, jak na kacu…

W tym roku hip-hopowy program survivalowy Mnetu „Show Me The Money” doczekał się swojej piątej edycji. Dwie pierwsze przeszły bez echa, trzecia była naprawdę przełomowa, natomiast zeszłoroczna, czwarta zostanie w pamięci przykrym wspomnieniem. Jak to rzutowało na nowy sezon? Oczywiście sprawiło, że podchodziło się do niego jak z kijem – będąc zaciekawionym, ale wciąż ostrożnym, bo może dziabnąć. Jednak z ulgą mogę powiedzieć, że czwarty sezon „Show Me The Money” okazał się być dnem, z którego można się było tylko podnieść…

WERSJA NIENOWA, ALE ODŚWIEŻONA

Wiele rzeczy się nie zmieniło. Można wręcz powiedzieć, że jedną z rzeczy, które najbardziej charakteryzowały nowy, piąty sezon „SMTM” było pewne takie wyczerpanie tematu… Pod względem struktury wszystko wyglądało jak w zeszłym sezonie na czele z jak zawsze najbardziej bezsensowną misją dissowania się w zespołach (dla wytworzenia sztucznej nienawiści i pożywki dla montażystów programu). Znowu nie szło na to patrzeć, chociaż tytuł najbardziej żenującego momentu „SMTM5” należy się „przesłuchaniom w USA”, gdzie przyszły zwyczajne randomy oraz wąski margines raperów koreańsko-amerykańskiego pochodzenia. To właśnie stamtąd dołączyli do stawki m.in. charakterystyczny Flowsik czy Superbee z zeszłej edycji, który miał niezłą zlewę z tego wszystkiego („what’s up, Koreans?„).

Jeśli chodzi o zestaw jury, przewijało się sporo plotek o powrotach do tej funkcji pewnych artystów, ale dziękujmy Bogu, że YDG jest zbyt zajęty swoją nowo narodzoną córką. Powrót Teamu 1llionaire był jak najbardziej mile widziany, szczególnie że wygrali z Bobbym trzecią edycję. Poza tym Dok2 i The Quiett nie są osobami, które dałyby się wyzyskać Mnetowi… Ich wizerunek od samego początku jest za mocny, więc są jedynymi wyjątkami, dla których jakiekolwiek variety show równa się ociepleniu image’u.

Team 1llionaire

Team AOMG w zeszłym roku odpadł w całości jako pierwszy, ale wrócili dumnie w zmienionym, moim zdaniem lepszym składzie, aby najwyraźniej podreperować tę kwestię. Zamiast Jay Parka i Loco, którzy za bardzo nie zapadli w pamięć w „SMTM4” poza tym, że Jay Park wykonał przedpremierowo fragmenty kilku piosenek z niewydanego jeszcze wówczas albumu „Worldwide”, AOMG było reprezentowane przez drugiego prezesa wytwórni, Simona Dominica i głównego producenta Graya. Myślałam, że teraz ich popularność sięgnie szczytu… W końcu kto by pogardził bitem od samego Graya?!

Team AOMG

Tablo zrezygnował wreszcie z udziału w programie, dlatego w tym roku Teamem (pseudo) YG zostali producent Kush, który najwyraźniej powrócił do wytwórni po małym skoku w bok oraz Zion.T, który całkiem niedawno opuścił Amoeba Culture na rzecz Black Label Teddy’ego. Od samego początku byli największą niewiadomą, chociaż ja byłam przekonana, że piosenkarz (nie raper!) Zion.T potrafiłby stworzyć ciekawe rzeczy w „STMT5”.

Team YG

Ostatnim randomowym teamem (jak w zeszłym roku genialni Palolato i Zico) był duet Gila z Leessang i Mad Clowna. Innymi słowy niemodni nudziarze, ale Korea ich kocha.

Team Gil & Mad Clown

Jak widzicie, mieliśmy miks starego i nowego, ale trudno o jakieś wielkie zmiany w jurorach, kiedy do tego miana nie kwalifikuje się tak wielu artystów. Wciąż liczę, że któregoś dnia pojawi się Team Dynamic Duo lub ekipa z Vismajor.

BEWHY VS. C JAMM I RESZTA PIONKÓW

Jeszcze większy brak świeżości można było zauważyć wśród tegorocznych uczestników programu. Niby producenci chwalili się z roku na rok wciąż rosnącą skalą i popularnością „SMTM”, ale pomimo rekordowej liczby raperów, którzy chcieli spróbować swoich sił w eliminacjach (rzekomo 9 tys.), od pierwszych odcinków widać było, że popularność hip-hopu w Korei to nieco pustawy trend, który przyciąga ludzi szukających uwagi, a nie wyciąga artystów z podziemia. Eliminacje przeszedł zaledwie ułamek zgłoszonych, a i tak zdecydowana większość tych raperów brała już udział w poprzednich edycjach i starała się po prostu naprawić swój wizerunek (jak np. Superbee, który za daleko zabrnął w dissy na Tablo…) lub tym razem zajść dalej.

Jak wiadomo, od samego początku krystalizuje się obraz najpopularniejszej grupki raperów z największymi szansami na wygraną i to właśnie na nich skupia się program. Zawsze są też niespodzianki lub czarne konie, inaczej to ujmując, ale ten sezon był wyjątkowo „nienowy” pod tym względem, że właściwie większość jego uczestników brała już wcześniej udział w „SMTM”.

uczestnicy

Nowością sezonu byli Reddy i G2 z Hi-Lite Records – największe nazwiska, które jeszcze się nie pojawili w programie. Na czarne konie zapowiadali się Hash Swan i wycinany wcześniej MyunDo, który wreszcie przeszedł eliminacje po kilku próbach i zachwycił jurorów w pierwszym solowym występie (a kiedy pierwszy raz go usłyszałam na mixtapie Vasco, byłam raczej rozczarowana…). Niestety tylko „zapowiadali” się, bo później jeden odpadł przy wybieraniu teamu, a drugi nie przeszedł do finału.

C Jamm z Just Music bardzo dobrze sobie poradził w „STMT3”, odpadając dopiero w półfinale, dlatego jego  ponowne uczestnictwo spotkało się z bardzo zimnym przyjęciem, ale kto mu może zabronić? Był przez to największym faworytem, zaraz obok swojego najlepszego przyjaciela BewhY’a, który po „STMT4” zyskał nowe rzesze fanów jako świetny raper, którego zwyczajnie zignorowano na rzecz Microdota i Lil Boia (a ich bańka szybko pękła…). Stanowili ścianę dla reszty, ale ja byłam zachwycona pomimo tej przewidywalności, ponieważ a) zawsze dawali świetne występy, b) ich wspólna historia sięga za daleko, aby jakiś program telewizyjny ich skłócił. Wiedziałam, że Mnet z nimi nie wygra.

KONTROWERSJE TAM, GDZIE ICH NIE MA

Producenci telewizyjni próbowali jednak wycisnąć tyle, ile się da z rywalizacji C Jamma z BewhY’em, uciekając się nawet do tak kuriozalnych chwytów, jak montowanie ich razem w zapowiedzi kolejnego odcinka, aby widzowie myśleli, że jeden z nich musi odpaść. Widać było, że uczestnicy programu nie mają tym razem zamiaru skakać sobie do gardeł tylko po to, żeby o nich mówiono, bo jest to bardzo krótkotrwała popularność. Może dlatego „devil editing” Mnetu był jeszcze gorszy niż zazwyczaj, ale z czasem to zelżało, a po wszystkim został tylko mem z Quiettem. Wyjaśnił później na Instagramie, że wcale nie by zaszokowany dissem Reddy’ego, a… kichał.

The Quiett

Kontrowersji większych nie było, chyba że odpadł ktoś niespodziewany. Wychodzi na to, że największym „kwasem” programu był niekończący się pojedynek MyunDo z Woo Tae Woonem, ale osobiście za nim nie przepadam, więc przymknęłam oko na faworytyzm jurorów, bo go podzielałam.

Niezbyt fajną cechą charakterystyczną obecnej edycji było nagminne mylenie się  i zapominanie tekstu przez wszystkich. Występów bez pomyłek było najmniej, ale myślę, że winna jest ogromna presja oraz strach przed tym, co może Mnet wykorzystać w swoim montażu.

POZYTYWNA NUTA ZAKOŃCZENIA

Jak zawsze szkoda, że nie wszyscy zdążyli wystąpić solo na scenie, bo chyba tylko w trzecim sezonie tych szans było o wiele więcej niż w czwartym i teraz w piątym, ale będę pozytywnie wspominać „SMTM5”. Nawet koreańskie media podsumowały program, że wreszcie nienawiść ustąpiła miejsca dobrym emocjom, a ostatni odcinek aż został okraszony wzruszającą, kiczowatą oprawą muzyczną na pożegnanie.

Ile będę pamiętać? O wiele więcej niż z „SMTM4”, po którym zostało tylko hitowe Turtle Boat… Po pierwsze Simon D całkowicie zmienił swój nieco arogancki wizerunek na lepsze (pamiętacie, że to on zaczął ze Swingsem ogólnokrajowy diss battle?), będąc prawdziwym oparciem dla aspirujących raperów, których niestety musiał eliminować.

%EC%82%BC%EB%94%94

Sanchez i Reddy byli dla mnie podobnymi słoneczkami…

…a skoro już mowa o Reddym, może wiele nie osiągnął w programie, ale z pewnością większa popularność przełoży się na zarobki – chociażby na większą frekwencję na koncertach… Jak zresztą w przypadku każdego, niech teraz wydają albumy na fali „SMTM5”, czekam!

PS16071800235

Pozostałe rzeczy, które zostają po zakończeniu „SMTM5”, to spóźniona moda w Korei na trap i dabbowanie…

…równie spóźniony szał na BewhY…

1

…ale przede wszystkim występy i same piosenki, które wspięły się na szczyt koreańskich list przebojów! Oto moje ulubione z nich:

Najbardziej z tego wszystkiego cieszy mnie to, że BewhY nie ma szans stoczyć się jak Basick, zwycięzca poprzedniej edycji, ponieważ robił, robi i będzie robić swoje. Zresztą było to widać w programie, gdzie ani na chwilę nie rezygnował ze swojego charakterystycznego, awangardowego stylu:

Jestem przekonana, że sława nie uderzy mu do głowy, tylko mógłby wreszcie dołączyć do Just Music…

Reklamy

Written by Miica

Była studentka filologii koreańskiej, wielka fanka koreańskiego kina i dram.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

w

Connecting to %s