Czy starcza miłości na kilka razy?

Jestem w ciągłej potrzebie oglądania nowych filmów i dram, żeby mieć co recenzować na blogu, mimo że już od dłuższego czasu kiepsko mi to idzie z powodu braku czasu. Wczoraj postanowiłam jednak obejrzeć coś „dla siebie” i sięgnęłam po raz drugi po „The Beauty Inside”, ponieważ w takich chwilach zawsze potrzebuję puchu, lukru i romansów, mimo że oficjalnie wyrażam brak zainteresowania takimi filmami. Kogo ja oszukuję tak przy okazji?

Niestety nie doświadczyłam tego samego zauroczenia, co za pierwszym razem i nawet okazało się, że wszystko całkiem dobrze pamiętałam, a dialogi nieźle zrozumiałam (oglądałam za pierwszym razem bez napisów, bo nie mogłam się doczekać…), więc nie było żadnej niespodzianki. Czy można nazwać to rozczarowaniem? W końcu dobre filmy powinny się nadawać do kilkukrotnego obejrzenia… Jednak „The Beauty Inside” wciąż jest dobre, a ja pomyślałam sobie, że po prostu doszłam do momentu takiej rutyny w oglądaniu koreańskich dram i filmów, że idę na ilość, a nie na jakość… Co i tak nie jest złe, bo w końcu tu i ówdzie trafiam na dobre produkcje, co nie?

Ulubionych kilka filmów widziałam po kilkadziesiąt razy, ale nie jestem w stanie obejrzeć dwa razy tej samej dramy. W stanie największej nudy wracam do poszczególnych scen, ale nie wyobrażam sobie poświęcenia kilkunastu godzin na obejrzenie znowu tego samego i tym samym kompletnie nie potrafię zrozumieć ludzi, którzy wracają wielokrotnie do ulubionych serii. Moim celem raczej nie jest stanie w miejscu, tylko oglądanie kolejnych dram. Z filmami jest trochę inaczej, bo w sumie fajnie jest powrócić do czegoś, co widziało się lata temu i nagle poznać na ekranie dużo więcej aktorów, których wcześniej się nie znało i nie zwracało na nich uwagi (taki lekki szok przeżyłam, gdy obejrzałam po dobrych kilku latach „A Bittersweet Life” – Eric z Shinhwa?! Jung Yumi?!).

Być może to wszystko wina tego, że w obecnych czasach cały czas potrzebujemy nowych bodźców? Z ręką na sercu mogę powiedzieć, że tylko jedną dramę obejrzałam dwa razy – „My Name is Kim Sam Soon”, co tylko dowodzi temu, że jest to ponadczasowy klasyk. A reszta? Sięgałam po widziane już filmy po raz kolejny głównie wtedy, kiedy chciałam pokazać je znajomym i przekonać ich, że są dobre. Czasami się zdarzało, że moje wspomnienia o nich były podkoloryzowane… Tak więc czy wy możecie przekonać mnie, że warto wrócić do danego tytułu? Kto jest w ogóle z rodzaju tych osób, które ukochane rzeczy oglądają wielokrotnie?

Reklamy