Koreańskie thrillery, japońskie dramaty i chińska komercja

W ostatnim czasie wpadłam w marazm, ale zwyczajnie nadgodziny w pracy i brak weny sprawiły, że nie miałam ochoty sięgać po żadną dramę, bo i tak tylko jedna jedyna wciąga mnie na tyle, żebym oglądała ją bieżąco. Zamiast tego spędziłam ponad tydzień na oglądaniu wszystkich innych filmów, tylko nie koreańskich – od poprzedniej środy około dwudziestu…

Nie wiem czy ktoś tu jest na tyle długo, aby to pamiętać, ale cztery lata temu zachłysnęłam się japońskimi filmami, co również spowodowało spory przestój na blogu (ale też zaowocowało tekstem na temat, bo trzeba jakoś wykorzystywać fakty). Wiecie… odkrywanie nowych ulubieńców, poznawanie ich, emocje jakbym znowu odkrywała Atlantydę itd… Obecnie chyba już nie można wzbudzić we mnie podobnego entuzjazmu, skoro od tamtego czasu raz na jakiś czas nadrabiam zaległości z wybranymi, ulubionymi aktorami. Poza tym żadne, wydawało by się wcześniej że niemożliwe, live-action epickiej mangi nie osiągnęło tego samego sukcesu, co „Rurouni Kenshin”.

Zrobiłam sobie listy filmów, które chciałabym nadrobić w tym roku (Top 100 współczesnych japońskich filmów wg bloga Psycho-Drama, moja własne selekcje wybranych tytułów takich reżyserów jak Johnnie To, John Woo itp.), ale prędzej czy później moje „ambitne” podejście do kina azjatyckiego wyparowało i w ostatnim tygodniu połykałam jeden odmóżdżacz za drugim, przeważnie chińskie komedie-romantyczne lub cokolwiek z lubianymi przeze mnie aktorami, co wydawało mi się niezbyt ciężkie i wymagające. Stąd właśnie takie kosmiczne ilości obejrzanych przeze mnie filmów w ostatnim czasie, zresztą zaczęłam to katalogować na Letterbox.

Po co w ogóle o tym wszystkim piszę? Ponieważ mając już jako-takie rozeznanie w najnowszym kinie koreańskim, japońskim i chińskim, mogę nakreślić porównania między nimi, a przecież nie jest tak, że wszystkie „skośne” filmy są takie same, co nie? W końcu fani dram dzielą się na tych, którzy wolą albo koreańskie, albo japońskie itd., a kino, mimo że jest o wiele bardziej uniwersalnym medium, również odzwierciedla różnice kulturowe oraz podejście producentów.

Wielokrotnie rozmyślałam nad tym, dlaczego w pewnych aspektach koreańskie filmy nie mogłyby być takie jak te z sąsiednich krajów? Przede wszystkim patrząc na błyskawicznie rozwijające się w ostatnich latach chińskie kino komercyjne, zaczęłam wzdychać, dlaczego np. w Korei nie powstaje więcej niezobowiązujących, pozbawionych kontekstu politycznego filmów sensacyjnych, które dostarczałaby głównie rozrywki, ale potem przypomniałam sobie trudny do strawienia humor „Quick”. Zresztą, jeśli porównać czołówkę chińskiego i koreańskiego box office wszech czasów, widać drastyczną różnicę. W Korei wygrywa patriotyzm, wielkie emocje i historyczne kostiumy, w Chinach natomiast w dość krótkim czasie tytuł najbardziej dochodowego filmu wszech czasów został odebrany familijnemu fantasy „Monster Hunt” przez ekscentryczną komedię Stephena Chow „The Mermaid”. Nie mogłam uwierzyć, że właśnie taki film jest na topie, ale gdyby przyjrzeć się bliżej chińskiemu box office, komedie mają w nim bardzo silną pozycję, a do tego ich lokalna odmiana jest naprawdę trudna do zrozumienia dla ludzi spoza tego kraju. Niemniej, seanse z „Monster Hunt” i „The Mermaid” były dla mnie ciekawym doświadczeniem… kulturowym.

Show Luo w „The Mermaid”… psuje moje wspomnienia o nim jako leadzie w romantycznych dramach :”)

W Korei dla odmiany rządzą przede wszystkim poważne super-produkcje, chociaż w box office obu tych krajów można zauważyć podobne uwielbienie poszczególnych gwiazd. Inaczej jak wytłumaczyć wielki sukces obsmarowanego przez krytykę „Time Raiders” z Jing Boranem i Lu Hanem? Tak się rozczarowałam tym filmem, że po raz pierwszy od dawna dałam 1/10 na Filmwebie i sytuacji nie uratowała moja sympatia do tego pierwszego…

Z kolei nie potrafię znaleźć jakiejś ogólnej zasady, która kierowałaby japońskimi widzami w multipleksach oprócz tego, że rodzime anime ma tam niezmiennie silną pozycję. Jednakże porównania porównaniami, i tak sięgam do kinematografii poszczególnych krajów, mając inne oczekiwania. Koreańskie kino wciąż pozostaje moim ulubionym ze względu na dużą brutalność, nie przywiązuję większej wagi do chińskich filmów i oglądam je czysto dla rozrywki i dosłownie garstki aktorów, których rozpoznaję, a japońskie kino stoi dla mnie w opozycji dla koreańskiego – dramaty, filmy obyczajowe i coming-of-age są tam liczne i te, które zdołają wzbudzić we mnie emocje, pozostają w sercu na długo, a z drugiej strony adaptacje mang to już zupełnie inna para kaloszy i w sumie nie wyobrażam sobie, aby takie coś, jak na przykład „Assassination Classrooom”, mogło powstać gdziekolwiek indziej na świecie.

Tak więc gdyby laik zapytał się mnie, jaka niby jest różnica między filmami koreańskimi, japońskimi i chińskimi, odpowiedziałabym: olbrzymia.

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s