Znane też jako: Black Knight: The Man Who Guards Me, Heukgisa, 흑기사

Na podstawie: pomysł oryginalny

Gatunek: melodramat, fantasy

Ilość odcinków: 20 x 70 min.

Premiera: 2017-2018

Obsada: Kim Rae Won, Shin Se Kyung, Seo Ji Hye, Jang Mi Hee, Kim Hyun Jun, Hwang Jung Min, Kim Seol Jin, Kim Byung Ok, Shin So Yul, Park Sung Hun

 

Próba wykreowania baśniowego świata, wersja koreańska

Zazwyczaj kiedy myślimy o serialu fantasy, na Zachodzie panuje taki stereotypowy obraz smoków i lochów, natomiast w przypadku koreańskich dram ja osobiście od razu mam przed oczami epickie, współczesne romanse, być może rozciągające się na przestrzeni wieków, w których niegdysiejsi książęta na rumakach zostali zastąpieni innymi przystojniakami z nie tego świata lub z nadprzyrodzonymi mocami. To wręcz taki skrót myślowy, ile dram nazywam „fantasy”, kiedy tak naprawdę posiadają zaledwie wybrane elementy tego gatunku, przeważnie nie na tyle wyjaśnione pseudo-naukowo, aby móc je nazywać science-fiction…

„Black Knight” nie jest innowacyjne, ale z drugiej strony nie potrafię też włożyć go do tego samego worka, co inne dramy, których całe bycie „fantasy” ogranicza się do głównego bohatera będącego nadczłowiekiem. Scenarzystka Kim In Young, znana przede wszystkim z klasycznych melodramatów i revenge dram, użyła tego samego podejścia w swojej pierwszej dramie z nadprzyrodzonego gatunku, tworząc coś na swój sposób „analogowego”, co przywiodło mi wspomnienie bajek czytanych w dzieciństwie… Oto drama, która jest o tym samym, o czym wiele innych romansów – wielkiej miłości na przestrzeni wieków, przeznaczeniu, chorobliwej i irracjonalnej zazdrości. Różnica tkwi w subtelnym podszyciu to zjawiskami nadprzyrodzonymi i kreatywnymi próbami mise-en-scène, które niestety nie wyszły najlepiej, ale w sumie warto było spróbować.

Spotkajmy się w kolejnym wcieleniu

W wielkim skrócie „Black Knight” jest dramą tylko (lub aż) o trójkącie miłosnym. Mamy wszystkie motywy, które widzieliśmy już nie raz w innych koreańskich serialach… Moon Soo Ho (Kim Rae Won) i Jung Hae Ra (Shin Se Kyung) znali się w dzieciństwie i są swoimi pierwszymi miłościami, ale rozdzieliło ich nagłe bankructwo jej rodziny i po latach sytuacja się odwróciła – to on jest bogatym przedsiębiorcą, natomiast ona biedną agentką podróży, która paradoksalnie nigdy nie wyjechała zagranicę. Spotykają się ponownie w malowniczej Słowenii, bo przecież zawsze w takich „romantycznych blockbusterach” muszą się znaleźć jakieś egzotyczne dla Koreańczyków zagraniczne lokalizacje na przynętę… Od tego momentu Soo Ho bardzo aktywnie podrywa Hae Rę, która opiera się mu chyba tylko dla zasady, ale jej życie zmienia się również za sprawą Sharon (Seo Ji Hye), właścicielki tajemniczego atelier krawieckiego, która ubiera ją w ekstrawaganckie stroje z najwyższej półki skutecznie maskujące fakt, iż Hae Ra ma być tą biedną Candy, która nabrała z wiekiem zgryzoty.

Poniekąd oryginalne jest to, że żadne z głównej pary nie jest istotą nadprzyrodzoną – to właśnie Sharon oraz opiekunka Soo Ho, Jang Baek Hee (Jang Mi Hee) żyją już za karę od ponad dwustu lat bez starzenia się. Kiedy były jeszcze zwykłymi ludźmi, poważnie zagroziły zakochanym w sobie szlachcicu Myung So (teraźniejszy Soo Ho) i niewolnicy Boon Yi (Hae Ra), niszcząc ich przeznaczenie, dlatego zostały skazane na to wieczne życie, póki nie wynagrodzą im w kolejnym wcieleniu. Sharon jednak uparcie twierdzi, że to ona jest ofiarą jako pierwsza żona Myung So, która została porzucona, dlatego nie cofnie się przed niczym w celu zdobycia Soo Ho, mimo że on nie odwzajemnia jej uczuć w żadnym, nawet najmniejszym stopniu.

Niezła próba artystyczna i brakujące kilka procent wszędzie indziej

Kim Rae Won i Shin Se Kyung absolutnie nie są aktorami, których darzyłabym sympatią. Są mi bardzo obojętni, przez co drama z taką właśnie główną parą musiałaby być po prostu cudem, aby przeskoczyć tę przeszkodę…

Shin Se Kyung akurat nie ma do takich szczęścia, jej wcześniejszy romans fantasy „Bride of the Water God” był katastrofalny, ale mimo wszystko zaliczyłabym „Black Knight” do tych mniejszych lub większych „eksperymentów” KBSu, których odbiór zależy tak naprawdę od punktu widzenia. Dajmy na to przykładowo takie „Iron Man”, notabene również z Shin Se Kyung… Drama oficjalnie przekreślona przez krytykę, zbyt „dziwna” jak na koreańskie standardy, niedopracowana, jednakże ja mam klapki na oczach za każdym razem, kiedy widzę nazwisko PD Kim Yong Soo w czołówce. Chodzi po prostu o ten zmysł artystyczny, połączenie obrazu z dźwiękiem, co od razu sprawia, że lepiej odbieram dramę, która choć trochę odbiega wizualnie i artystycznie od innych w morzu przeciętnych, „zwykłych”.

Reżyserem „Black Knight” jest PD Han Sang Woo, drugi reżyser największego hitu pod względem oglądalności od, w innym wypadku niedocenianego, Kim Yong Soo – „The Equator Man” (scenariusz również Kim In Young). Nie jestem jednak w stanie przypasować sobie jego nazwiska do konkretnego stylu… „Black Knight” jest po prostu nierówne. Sceny w atelier krawieckim Sharon są jak oderwane od rzeczywistości i zawieszone gdzieś poza czasem; wykorzystano też całkiem sprytnie taneczny background Kim Seol Jina, który gra jej asystenta, aby wprowadzić kilka scen, które tak naprawdę nie wprowadzają niczego fabularnie, tylko nadają klimatu, ale poza tym mamy miks statecznych scen, które znajdzie się nawet w każdej dramie weekendowej. Nie chcę już nawet rozpisywać się o fabule… Bo w tym przypadku „Black Knight” to taki klasyczny przykład dramy, która zaskakująco wciąga przez pierwszych kilka odcinków, ale potem spada na łeb na szyję w samą nudę. Intrygi jako takiej nie ma, jeśli odejmiemy wszystkie działania Sharon spowodowane zazdrością, główni bohaterowie po prostu są sobie na ekranie, a wątki poboczne nie wprowadzają niczego ciekawego, bo znowu skończyło się na jakiś utajnionych zbrodniach ojców, motywie Romea i Julii oraz obrazkach z miejsca pracy bohaterów, które zapełniają czas antenowy i do niczego tak naprawdę się nie nadają poza tworzeniem iluzji, że oni to jednak jacyś „prawdziwi ludzie” z obowiązkami, a nie postacie z romantycznej epopei.

Nawet jeśli osobiście nie lubię Kim Rae Wona, chyba każdy obiektywnie stwierdzi, że jego występ w „Black Knight” jest jednym z najsłabszych, najmniej zapadających w pamięć w jego karierze? Drama ta właściwie fascynuje (w pewnym sensie) tylko za sprawą Seo Ji Hye w roli Sharon, która z jednej strony gra taki archetyp dramowej zazdrości i uporu, ale robi to magnetyzująco, w żadnym wypadku nie działa na nerwy, a często wręcz niespodziewanie bawi swoim brakiem dojrzałości pomimo ponad 200 lat. Jednakże ile było takich second lead, których nienawidzenie było największą rozrywką, jaką przynosiła dana drama? Mnóstwo. I takie właśnie seriale dość szybko później wyparowywały z pamięci…

Ocena:

Fabuła – 6/10

Kwestie techniczne – 8/10

Aktorstwo – 7/10

Wartość rozrywki – 6/10

Średnia – 6,75/10

Reklamy

Written by Miica

Była studentka filologii koreańskiej, wielka fanka koreańskiego kina i dram.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

w

Connecting to %s