Coraz wyraźniejsze koreańskie akcenty w polskich kinach… i co dalej?

Po kilku latach zmieniła mi się perspektywa – już nie patrzę na plakat „Służącej” z kasy kinowej, ale mam go powieszony nad biurkiem w pokoju, dlatego trudno mi już dalej mówić o jakimś namacalnym zainteresowaniu koreańskimi filmami w polskich kinach, ale szczerze byłam zaskoczona tym, że nie siedziałyśmy ze znajomą same na sali seansów „The Spy Gone North” (pol. „Szpieg”) i „Burning” (pol. „Płomienie”)…

 

Tak w ogóle śmieszna sprawa – już się cieszyłam, że znalazłam w internecie dobre napisy do tych filmów, ale przygotowując się do seansu (i recenzji w najbliższej przyszłości) natrafiłam na polski plakat „Szpiega”. Trochę mnie to tknęło, więc skasowałam ściągnięte pliki i poszukałam seansów w mieście, licząc oczywiście na kino, w którym kiedyś pracowałam. Wszystko się idealnie złożyło i nie dość, że obecnie w dystrybucji są aż dwa koreańskie filmy, to jeszcze miałam okazję obejrzeć je jeden za drugim na tej samej sali kinowej. Poszłam oczywiście. Pomimo największego kaca w ciągu ostatnich miesięcy, ale wiedziałam, że drugiej takiej szansy nie będzie…

Nie obyło się bez różnych dyskusji z moją znajomą, która wybrała się razem ze mną, na temat kondycji koreańskich tytułów w polskiej dystrybucji i ich opłacalności. Po raz kolejny postawiłyśmy pytanie, kto tak naprawdę ma się tym zainteresować? Przytoczę jej przykład – jeśli jest się młodym fanem idoli, boysbandów itp., na początku masz taką fazę, że sięgasz po wszystko, co byle koreańskie, ale po jakimś czasie możesz stracić tym zainteresowanie, kiedy przekonasz się, że w tych filmach nie ma twoich ulubieńców, tylko „starzy, brzydcy, choć świetni aktorzy”. Dlatego nie powinno się stawiać na grupę docelową fanów kpopu, chociaż może coś z tego międzynarodowego szału na BTS wyjdzie?

W każdym razie gdy pomyśleć nad tym, do kogo mają trafiać koreańskie filmy w polskich kinach, przynajmniej w kwestii największych miast w Polsce liczyłabym na studentów filologii koreańskiej, „koreańskiej mniejszości” tj. pracowników koreańskich korpo, ale przede wszystkim po prostu na widownię kin studyjnych. Dopiero teraz po pewnym czasie przyzwyczaiłam się do myśli, że nawet jeśli koreańska kinematografia nie jest już więcej taką totalną niszą, to mimo wszystko nie należy liczyć, że nagle tłumy pognają na „Goksung” do kina (czym byłam bardzo rozczarowana).

Widać jednak pewne zmiany… W przeciągu ostatnich dwóch lat pojawiło się w dystrybucji nadzwyczaj dużo koreańskich filmów i to nie Kim Ki Duka – od tytułów będących w Cannes po takie niespodzianki jak „Memoir of a Murderer”. Co więcej, wcale nie byłyśmy same na naszych seansach „The Spy Gone North” i „Burning” – najmniejsza kilkunastoosobowa salka kinowa była za oba razami praktycznie zapełniona i to ludźmi najróżniejszego sortu: wielkimi fanami koreańskich filmów znających się na rzeczy, studentami i po prostu „normalnymi” ludźmi mającym zainteresowanie tematyką północnokoreańską lub słyszącymi, że „Płomienie” to dobry film… Akurat w tej sprawie podchodzą do mnie najróżniejsi znajomi i ludzie z pracy wiedzący o moim hobby, tak więc chyba można przypuszczać, że jego obecność w polskich mediach będzie porównywalna do „Służącej”.

I tu właśnie mam taką konkluzję – wyobrażać sobie każdy koreański blockbuster w polskich kinach to płonne marzenia, ale jeśli ze wszystkich trafiają do nich akurat filmy festiwalowe, a bądź co bądź co roku jest przynajmniej jeden koreański film w Cannes, to trzeba przyznać, że ich perspektywa w Polsce nie jest taka zła, gdyby tylko nie ograniczało się to do pojedynczych seansów na najmniejszych salach w pojedynczych kinach w największych miastach. Ja akurat mam to szczęście, że w Poznaniu zawsze coś się znajdzie, ale chyba trzeba kolejnych kilku lat, aby rozwinęło się to bardziej, o ile tylko Mayfly i inni dystrybutorzy nie zrezygnują. Albo niech się poszerzy oferta polskiego Netfliksa!

Reklamy