Resurrection of the Little Match Girl

Jubileuszowa recenzja filmu numer 600.

Znane też jako: Zmartwychwstanie dziewczynki z zapałkami, The Resurrection, Matchstick Girl’s Resurrection, Seongnyangpali Sonyeoui Jaerim, 성냥팔이 소녀의 재림

Na podstawie: baśni „Dziewczynka z zapałkami” autorstwa Hansa Christiana Andersena

Gatunek: sensacyjny, science-fiction

Reżyseria: Jang Sun Woo

Premiera: 2002

Obsada: Lim Eun Kyung, Kim Hyun Sung, Kim Jin Pyo, Jin Xing, Jung Doo Hong, Kangta

 

Trochę nie wiem jak ugryźć „Resurrection of the Little Match Girl”, ponieważ jest to film, który wzbudza chyba najbardziej spolaryzowane reakcje… Wielki, cyberpunkowy blockbuster w reżyserii kogoś takiego jak Jang Sun Woo, rzekomo jednego z najbardziej kontrowersyjnych koreańskich reżyserów lat 90., który gardził wcześniej komercją, spektakularnie utopił największy wówczas budżet w historii i zakończył jego karierę.

To nie jest tytuł, który zapadł w zapomnienie, wręcz przeciwnie – po dziś dzień jest wymieniany wśród najgorszych koreańskich filmów w historii, ale przynajmniej doczekał się statusu kultowego zagranicą, w bardzo niszowych kręgach. W Korei natomiast wszyscy zdają się do niego podchodzić na zasadzie wyzwania, ile jeszcze zniosą absurdu na ekranie. Ja potrzebowałam godziny, aby zacząć zmieniać swoje początkowo fatalne zdanie o „Resurrection of the Little Match Girl”… Nie pomagał właśnie ten absurd oraz beznadziejny debiut aktorski Lim Eun Kyung, która, z tego co widziałam, nigdy nie wykazała się żadnym talentem w tej dziedzinie, ale cała perspektywa się zmienia, kiedy znajdzie się metodę na ten szalony świat wykreowany przez Jang Sun Woo.

Trudno streścić fabułę tego filmu, chociaż można się posłużyć krótkim zdaniem, iż zaciera on granicę między rzeczywistością i grą. Dostarczyciel jedzenia Joo (Kim Hyun Sung) dołącza do niej, kiedy kupuje na ulicy zapalniczkę od Dziewczyny z Zapałkami (nazywajmy ją dalej Sung So) i dzwoni z ciekawości na podany na niej numer. Celem gry jest uratowanie Sung So (Lim Eun Kyung) – zdobywając lepszą broń przy kolejnych levelach, trzeba pokonać wszystkich, którzy chcą kupić od niej zapalniczkę, aby „szczęśliwie” umarła z zimna i głodu, gracz wygrywa tylko wtedy, jeśli główna bohaterka będzie go wspominała przy śmierci. Wkrótce jednak Sung So budzi się odrodzona i buntuje się przeciwko Systemowi, który ją stworzył, strzelając go każdego, kto nie chce od niej zapalniczki.

Zagłębiając się w świat tej gry, wywracającej do góry nogami baśń Andersena, trudno stwierdzić, czy ma się do czynienia z wirtualną rzeczywistością nakładającą się na prawdziwy świat, czy może po prostu z wizualizacją gry, w którą gra główny bohater w kafejce internetowej. Skojarzenia z „Matriksem” nie są w żadnym wypadku bezpodstawne, ale znowu, trudno cokolwiek stwierdzić czy „Resurrection of the Little Match Girl” kopiuje ten hit, czy możne odważa się go parodiować, nawet odtwarzając pewne sceny… Podobieństw przygód Joo z tymi Neo jest bardzo dużo, ale po raz pierwszy naprawdę szczerze się roześmiałam, kiedy główny bohater po swoim taoistycznym treningu wraca do gry jako największy badass wyposażony… w emitujące niszczycielskie promienie pistolet na wodę nazywany Makrelą.

Pozwólcie, że przynajmniej przytoczę fakty – aktorstwo jest w tym filmie beznadziejne, dobrze, że przynajmniej głównie w nim strzelają i uciekają, ale nawet przy swoich kilku linijkach na krzyż, najczęściej „kup zapalniczkę, proszę”, Sung So jest jedną z najgorszych filmowych bohaterek, jakie w życiu widziałam. Wcielająca się w nią Lim Eun Kyung musiała najwyraźniej zachwycić reżysera swoimi wielkimi oczami pasującymi do biednej postaci z bajki, bo inaczej nie mam pojęcia, kto mu zapłacił, żeby zadebiutować ją w tak kosztownym blockbusterze bez jakichkolwiek umiejętności aktorskich…

Łatwo też pochwalić stronę techniczną „Resurrection of the Little Match Girl” – całe kierownictwo produkcji, kolorowe kostiumy, aż za bardzo wybuchowe efekty specjalne oraz do końca utrzymywany koncept gry komputerowej, przez co na ekranie pojawiają się różne powiadomienia oraz opisy przeciwników. Obecnie nie można już brać na poważnie bardzo przestarzałego CGI, które wygląda o dwadzieścia lat starzej niż wspomniany, nakręcony przecież wcześniej „Matrix”, ale też trzeba wziąć sobie na poprawkę ówczesne możliwości koreańskiego kina… Mnie w każdym razie w końcu to przekonało – kiedy już przełknęłam pierwszą część filmu, w której idiotycznie wyglądający bohaterowie strzelają do siebie nawzajem, a tyłek Joo ratuje trans-wojownik Lala, nagle doszłam do wniosku, że być może jest to wszystko jedną wielką ironią i Jang Sun Woo zabawił się z koreańską widownią, która oczekiwała ichniejszego blockbustera, a dostała pokręconą parodię „Matriksa”, „Piątego elementu” i paru innych…? W każdym razie gatunek cyberpunku zawsze był problematyczny, ale tu przynajmniej ujrzałam więcej kreatywności niż w dużo nudniejszym „Natural City” z 2003, zresztą podobnej klapie finansowej, po której definitywnie odechciało się koreańskim producentom zasięgać do science-fiction przez następne lata.

Zdobyte nagrody

2003 Grand Bell Awards:

  • najlepsze kierownictwo produkcji
  • najlepsze kostiumy
  • najlepsze efekty specjalne

Reklamy