Szeroka selekcja „najgorszych” koreańskich filmów według… cóż, internetu

Nie ma to jak odrobina krytyki dla rozniecenia dyskusji, co nie? Łatwiej jest coś jednoznacznie skreślić jako złe niż się naprawdę zastanowić nad wadami i zaletami. Jeśli chodzi o koreańskie filmy, spotkałam się dotychczas z wieloma tytułami, o których krążą podsycane przez variety shows legendy, jakie to były wielkie klapy (co paradoksalnie zachęca mnie to do weryfikacji tych opinii…) – przede wszystkim o dwóch filmach nie ma żadnej dobrej opinii w koreańskich mediach, ale o tym za chwilę.

Znalazłam kiedyś na YouTubie całą serię rankingów najgorszych koreańskich filmów, ale pomyślałam sobie, że może zamiast po prostu dzielić się linkiem, można wykorzystać to jako fundament do rozwinięcia i odświeżenia mojej własnej listy, którą dyplomatycznie nazwałam „koreańskie filmy, które nie warto włączać”? Dla jasności – części filmów, o których wspomnę poniżej, nie miałam okazji zobaczyć, dlatego po prostu rzucam ich tytułami w ramach „ciekawostki”. Jest to zresztą główna myśl tego postu, ponieważ co tak naprawdę można rozumieć pod określeniem „najgorszy film”…?

Koreańskim internautom najwyraźniej chodzi o „bzdurne”, trudne do zrozumienia filmy, które okazały się być klapami finansowymi i są godne wyśmiania. Dwie najbardziej legendarne porażki to „Resurrection of the Little Match Girl” (2002) i całkiem nie tak odległe „Real” (2017), które obecnie siedzi na „tronie” najgorszych koreańskich filmów według mediów – filmy, które utopiły sporo pieniędzy, a były przed premierą zapowiadane jako coś przełomowego. Czy wielkie zawiedzione nadzieje są główną przyczyną tak wściekłych reakcji na te filmy?

Dalej podzieliłabym często wyskakujące mi tytuły tych „najgorszych” filmów na dwie najczęstsze kategorie, pod które podpadają. Pierwszą z nich jest całe mnóstwo blockbusterów, które nie sprostały oczekiwaniom lub filmy, wobec których reżyserów można było wymagać czegoś więcej – w sumie można tu też włożyć wspomniane powyżej „Resurrection of the Little Match Girl” i „Real”… Sporo przedstawicieli science-fiction każe się zastanowić, dlaczego Koreańczycy mają taki problem z tym gatunkiem, ale to materiał na osobny tekst.

Co ciekawe, nie wszystkie z tych filmy były klapami finansowymi – „D-War” (2007) pomimo negatywnych recenzji sprzedało ponad 8 mln biletów i wciąż jest w pierwszej trzydziestce koreańskiego box office wszech czasów. Jego reżyser, były komik Shim Hyung Rae całkiem ambitnie podchodził do pomysłu koreańskich monster movies, rzekomo wciąż przed nami sequel „D-War”, jednak jego kariera de facto skończyła się po fiasko, jakim okazała się być komedia „The Last Godfather” (2010). Jak tam w ogóle znalazł się Harvey Keitel?!

Drugą dominującą kategorią „najgorszych” filmów są trzeciorzędne komedie, bez niespodzianki. Filmy zwyczajnie głupie lub nudne, nie wiadomo co jest gorszym grzechem w tym gatunku. Pewnie o większości z nich nikt już dłużej nie pamięta, dlatego podaję mniej lub bardziej przypadkowe przykłady:

Wynika z tego wszystkiego, że pomimo swojego statusu gwiazdy Ha Ji Won kompletnie nie ma oka do scenariuszy – posiadanie w ostatnich latach swojej filmografii „Sector 7” (2011), „The Huntresses” (2014) i „Life-Risking Romance” (2016) pewnie zakończyłoby już karierę niejednej osoby…

Są jednak „gwiazdy”, które wciąż w czymś występują, nie wychodząc ze swojej niszy kategorii C. Korea też ma swoich Stevenów Seagalów – konkretnie Kim Bo Sunga, który poza swoim jednym catchphrase i występem w latach 90. w dwóch sequelach „Two Cops” nie osiągnął niczego lepszego oraz Lee Dong Juna. Co zabawne, ten drugi wystąpił właśnie u boku samego Seagala w „Clementine” (2004), filmie tak śmiesznym, że obecnie kultowym.

Dlaczego tych dwóch aktorów nie może pójść w komedię…?

Jest jeszcze kwestia thrillerów klasy Z, tak oczywiście kiepskich na pierwszy rzut oka, że nie będę wynajdywać więcej przykładów, tylko zostawię was ze zwiastunem tego majstersztyku, który jest za każdym razem przypominany, kiedy tylko Lee Ji Hye przeprowadza z kimś wywiad w „Entertainment Weekly”:

To chyba sztuka przekuć internetowy mem na wciąż tak samo zabawną okazję do samo-krytyki, szczególnie zmuszając innych aktorów do oceny własnego? Inni pewnie chcieliby za wszelką cenę pogrzebać wstydliwą przeszłość… Cha Tae Hyun ma wielkie szczęście, że po „My New Sassy Girl” (2016) trafiło mu się „Along With The Gods”, ale mam też przykład na zupełnie inną sytuację – „Sex of Magic” (2002) sprawiło, że idol z lat 90. Goo Bon Seung zniknął na kolejną dekadę, natomiast Kim Ji Eun pojawiła się trochę szybciej, ale po kilkuletniej przerwie pod kompletnie nowym imieniem Kang Ye Won… Jej zresztą też przydałby się lepszy gust, podobnie jak Ha Ji Won.

Reklamy