The Drug King

Znane też jako: Drug Lord, Mayakwang, 마약왕

Na podstawie: pomysł oryginalny

Gatunek: gangsterski

Reżyseria: Woo Min Ho

Premiera: 2018

Obsada: Song Kang Ho, Jo Jung Seok, Bae Doo Na, Kim So Jin, Kim Dae Myung, Lee Hee Joon, Yoon Je Moon, Jo Woo Jin, Lee Sung Min, Kim Jun Han, Kim Hong Pa, Yoo Jae Myung, Choi Deok Moon, Song Young Chang, Park Ji Hwan, Choi Gwi Hwa

 

Song Kang Ho od czasów swojego dołka w latach 2011-2012 pojawiał się co roku w kolejnych największych hitach koreańskiego kina ogólnie, ale wreszcie spotkała go największa komercyjna „porażka” od tego czasu, i to jeszcze w reżyserii Woo Min Ho, który wciąż pławi się w glorii nakręconego przez niego „Inside Men”. Czy oznacza to, że „The Drug King” jest rzadkim, kiepskim filmem z Song Kang Ho w roli głównej? Raczej nie, ale też czegoś tu zabrakło, aby włożyć go między klasyki koreańskiego kina gangsterskiego oraz wielkich sag o korupcji.

Według reżysera inspiracją dla „The Drug King” były archiwalne wycinki z gazet o aresztowaniu bossa narkotykowego, jednakże fabuła tego filmu jest fikcyjna. Jest on historią o sukcesie i upadku Lee Doo Sama (Song Kang Ho), który w latach 70. w Busanie zaczynał swoją kryminalną karierę jako przemytnik. Co interesujące, „The Drug King” na początku jest zaskakująco lekkie zarówno w formie, jak i występie Song Kang Ho, który powraca do grania typowych dla siebie ulicznych spryciarzy z humorem. Rodzina Doo Sama wcale nie potępia jego sposobu zarabiania pieniędzy, a żona Sook Kyung (Kim So Jin) często staje się wspólnikiem lub wyciąga go z tarapatów. Kiedy jednak główny bohater dostaje karę więzienia wsypany przez współpracowników, rozpoczyna się nowy etap w jego biografii. Sook Kyung wyciąga go, zaświadczając o domniemanej chorobie, a ten postanawia nawiązać współpracę z yakuzą, aby rozwinąć swój biznes do szmuglowania kokainy.

Początkowo zabawny Lee Doo Sam, grany przez Song Kang Ho w ten sam sposób co wiele jego postaci z początków kariery, co niestety skończyło się na mało komfortowym poczuciu deja vu, przechodzi kolejne metamorfozy w coraz bardziej bezwzględnego człowieka wprost proporcjonalnie do zarabianych pieniędzy. Nim się można obejrzeć, staje się głównym lordem narkotykowym w Busanie, który oficjalnie buduje mieszkania i daje miejsca pracy, a za kulisami pracuje, aby rozciągnąć swoje królestwo na całą Koreę. Zdecydowanie bardziej zapada w pamięć jego występ w drugiej połowie filmu, kiedy staje się otoczonym pustką bogaczem uzależnionym od własnego towaru.

Teoretycznie odtwórcy innych głównych ról, Bae Doo Na wcielająca się w lobbystkę Kim Jung Ah, której zdobycie wiąże się dla Lee Doo Sama z dostępem do zupełnie innego, wyższego świata finansowego, oraz Jo Jung Seok jako prokurator Kim In Goo na tropie głównego bohatera, pojawiają się dopiero w połowie filmu i wypadają w nim zaskakująco przeciętnie. Nie ujmuję im umiejętności aktorskich, ale wydaje mi się, że główny problem „The Drug King” polega właśnie na scenariuszu, który tak bardzo skupia się na historii życia swojego głównego bohatera, że reszta postaci staje się po prostu elementami, które przyczyniają się do rozwoju wydarzeń, a potem można o nich zapomnieć. Jest to rozczarowujące, zważywszy na fakt, iż Woo Min Ho zebrał w „The Drug King” śmietankę koreańskiego aktorstwa, a wiele z tych nazwisk po prostu odgrywa swoje kilkuminutowe role i znika, a wydarzenia dzieją się często poza ekranem.

Zabrakło mi też tego kąsającego poczucia realizmu, które mogłoby wprowadzić widza w niepokój czy oglądane w filmie wydarzenia rzeczywiście miały miejsce w Korei… Jak wspomniałam na samym początku, „The Drug King” jest inspirowane prawdziwym boomem narkotykowym w latach 70. w Korei, jednak mimo wszystko wydaje się być jedynie fikcją filmową, do tego widzianą już niejednokrotnie. Wiele obrazów przywodzi aż za bardzo na myśl „Człowieka z blizną”, tak więc można powiedzieć, że pomimo doskonałych walorów technicznych „The Drug King” jest… sztampowe. Aż złapałam się na bezmyślnym kibicowaniu głównemu bohaterowi w jego rozwoju jego biznesu, a jakakolwiek refleksja nachodzi dopiero w momencie, kiedy widzimy Lee Doo Sama w momencie jego największego bogactwa i jednocześnie upadku, kiedy rodzina zrywa z nim kontakt, prokurator wyciąga oddział specjalny do pojmania go, a on biega naćpany po swojej pięknej i wymownie pustej willi. Być może „The Drug King” nie stało się spodziewanym hitem koreańskich kin, bo właśnie nie potrafiło dobrze sprzedać jakiegoś morału, który odnosiłby się do sytuacji we współczesnej Korei? Bo taka historyjka o tym, jak narkotyki wyniszczają człowieka, jest zbyt znana i uniwersalna…

Reklamy