Dance With The Wind

Znane też jako: Wind’s Legend, Legend of the Wind, Baramui Jeonseol, 바람의 전설

Na podstawie: koreańskiego opowiadania „Man Who Writes Novel” autorstwa Sung Seok Jae

Gatunek: taneczny

Reżyseria: Park Jung Woo

Premiera: 2004

Obsada: Lee Sung Jae, Park Sol Mi, Kim Soo Ro, Choi Jung Woo, Lee Kan Hee, Moon Jung Hee, Hong Ji Min

 

Jeśli chodzi o kwestię koreańskich filmów tanecznych, obejrzałam „Dance With The Wind” razem ze zrecenzowanym wcześniej „Dance Dance”, aby mieć jakieś porównanie, jak Koreańczykom udało się wykorzystać dwa głównie motywy w tym gatunku – taniec współczesny i taniec towarzyski. Niestety w tym wypadku nie wyszło nic podobnego do późniejszego „Innocent Steps”, a (moim zdaniem) niepotrzebnie skomplikowany miks gatunkowy, który wykorzystuje taniec jako główny motyw, ale jest tak naprawdę o… nie wiem, uprzedzeniach? A może samo-okłamywaniu się?

Oczekiwałam „ładnego” filmu o tym, jak kryminalista uczy się tańca towarzyskiego, ale dostałam coś zgoła innego… Park Sol Mi w swoim debiucie na dużym ekranie wciela się w policjantkę Song Yeon Hwę, która dostaje zadanie udawania pacjentki w szpitalu i zbliżenia się do Park Poong Shika (Lee Sung Jae) podejrzewanego o bycie żigolo, oszukanie kobiety i okradzenie jej z majątku, aby nakłonić go do zeznań. Wysłuchuje zatem jego nieprawdopodobnej historii życia o tym, jak taniec towarzyski jest jego pasją i przemierzył cały kraj, aby się go nauczyć od najlepszych mistrzów…

Cały szkopuł tkwi w tym, że od relatywnie niedawna taniec towarzyski został oficjalnie uznany w Korei za dyscyplinę sportową, natomiast kojarzony jest głównie z nocnymi klubami oraz żigolakami, którzy uwodzą nim starsze, bogate kobiety. Poong Shik uczy się tańca od takiego właśnie oszusta, Man Soo granego przez Kim Soo Ro, w wiadomym celu. Jednakże mocno się zakochuje w samym tańczeniu i nawet porzuca własną rodzinę, aby ruszyć w podróż i doskonalić swoje umiejętności, całkiem absurdalnie ucząc się od Wielkich Mistrzów takich jak jakiegoś bezdomnego, jakiegoś górnika czy trzęsącego się dziada, który nagle tańcząc w zupełnie komiksowy sposób pokazuje werwę godną Kamesennina z „Dragon Ball”. Nie potrafiłam tego zrozumieć ani nawet przełknąć – „Dance With The Wind” z początku wydaje się być poważnym filmem, skoro główna bohaterka jest policjantką prowadzącą śledztwo, ale historia życia Park Poong Shika jest po prostu śmieszna… Nawet nie zabawna, śmieszna i bez sensu. Być może to było zamierzenie reżysera, aby oddać na ekranie takie bałwochwalstwo głównego bohatera, ale wyszło to bardzo dziwnie.

„Dance With The Wind” pokazywane jest z jego perspektywy, dlatego pojawia się pewien taki dysonans, kiedy widzimy na ekranie de facto żigolaka zapraszającego panie do tańca w klubie nocnym, ale słyszymy narrację o wielkim, niedocenianym „artyście”, który chciał „tylko” tańczyć w swoim życiu. Nie dojrzałam w tym romantyzmu, nie potrafiłam też pogodzić w swojej głowie poważniejszych i komicznych scen z udziałem Lee Sung Jae i Park Sol Mi… Jednak doceniam ten film za jedno – niezwykle piękne sceny taneczne, które świetnie wyglądały pomimo faktu, iż wszyscy aktorzy nie są profesjonalnymi tancerzami. Gdyby to tylko był standardowy romans o parze startującej w turnieju…

Reklamy