artykuły o dramach o filmach

No i minęło ponad pół roku w mgnieniu oka…

Dziś naprawdę wyjątkowy dzień, bo obejrzałam dwa koreańskie filmy dla zabicia czasu – numer cztery i pięć w moim tegorocznym rozrachunku, co jest naprawdę… żałosne? Najróżniejsze myśli krążyły mi po głowie łącznie z tą najgorszą czyli czy tak w ogóle muszę prowadzić tego bloga? Jednak szybko się otrząsnęłam, bo przecież od jakiegoś już czasu oglądam dramy tylko przez kilka miesięcy w całym roku. Do grudnia coś się ogarnie. W każdym razie czuję się kdramowy boomer.

Czy krótki attention span jest przewlekły, zaraźliwy, a może to już choroba cywilizacyjna? Nadmiar opcji spowodował większą wybredność oraz coraz mniej chęci do skończenia nierównych seriali, które tracą swój impet przed finałem, ale kiedy zaczęłam myśleć więcej nad tym, co tak właściwie sprawiło, że po dziesięciu latach nie jestem już w stanie być na bieżąco z ramówką dram koreańskich stacji telewizyjnych, to jednak odpowiedź jest krótka – czasy się zmieniły.

Pozostawiając za sobą te wszystkie powtarzalne argumenty o przereklamowanych dramach, które nie spełniają oczekiwań czy każdej stacji telewizyjnej oraz platformie OTT próbującej uszczknąć coś dla siebie z mitu o Hallyu, przyznajcie, że znajdujemy się zawieszeni w bardzo dziwnych czasach… Pandemia to jedno, ale myślę obecnie, że najważniejszym powodem, dla którego wyrzuca mnie z obiegu co roku, jest fakt, iż nie jest on już tak regularny jak wcześniej… Mimo że nie oglądałam niczego od marca-kwietnia, to śledzę internet na tyle, aby orientować się mniej więcej, co jest obecnie popularne albo jakie są zapowiedzi i kompletnie nie potrafię sobie przypomnieć, co się działo w pierwszej połowie tego roku. Banalny tytuł tego postu to nie tylko moje utonięcie w pracy, przez co nie chciało mi się patrzeć na komputer po dziewięciu godzinach, ale też odniesienie do tego zakrzywienia czasowego, przez który dopiero teraz miał premierę „Free Guy” z Ryanem Reynoldsem, który sprawia wrażenie filmu co najmniej trzyletniego, a w świecie koreańskich dram można odebrać wrażenie, że od prawie dekady w ramówce jest tylko „Penthouse” i nic więcej, co miałoby odwagę z tym konkurować. Bleh.

…błagam, ile jeszcze makjangu można wycisnąć?

Trend wielosezonowego formatu jest swoją drogą największą udręką w covidowych czasach. Mamy więcej czasu na binge-watching, a Netflix na przykład, ale też wielu innych, rzuca nam zaledwie okruszki?! Połówki sezonów z niepotwierdzoną datą kontynuacji? W takiej sytuacji nie ma bata, aby pozwolić swoim oczekiwaniom równo wzrastać i najczęściej wypalają się one przedwcześnie. Po co w ogóle inwestować jakieś emocje w jak zawsze imponujące zapowiedzi Netfliksa, kiedy tydzień po skończeniu dramy najczęściej wyrzucam już ją z pamięci, a co dopiero, kiedy półtorej roku później pojawia się hurtem jakaś mini-seria, o której zdążyłam już zapomnieć?

Podobnie mam z „tradycyjnymi” dramami obecnie, tymi serwowanymi wciąż przez koreańskie stacje telewizyjne. Brakuje mi stabilnej ramówki oraz szeregu nowych tytułów średnio co trzy miesiące. Updejtowałam zapowiedzi dramowe wczoraj po czterech miesiącach i z przykrością zauważyłam, że niewiele tak naprawdę mnie ominęło, a to, a niektóre tytuły, o których słyszałam na początku roku zniknęły w development hell. Poza tym wszędzie zapowiedzi sequeli… Ile można? Mam nadzieję, że nie doczekamy się nie daj Boże jakiś „Penthouse 4”, „5” lub „10”, bo nawet mnie to nie interesuje, a zabiera czas antenowy. Do cholery, ja nie potrafię nawet dokończyć czegoś, co mnie naprawdę interesuje, jak za długo to trwa! W końcu to właśnie sprawiło, że wciągnęłam się w koreańskie dramy – zamknięte formy. Co z tego, że potrafię darzyć coś intensywną pasją, kiedy szybko ona wygasa… W ostatnich miesiącach utknęłam na czwartym sezonie „Z Archiwum X” i piątym „Buffy – postrach wampirów”, chociaż co obejrzałam, to moje. To tak z updejtów co u mnie się działo.

Gdybym obejrzała to dwadzieścia lat temu, Orlando Bloom musiałby odstąpić tytuł mojego nastoletniego biasa

Jak już czuję się na tyle stara, że uczucie nostalgii całkowicie zmienia to, jak patrzę obecnie na pewne tytuły, którymi bym pogardziła w gimnazjum jako „poważna fanka kina”, to dokładnie tym zajmowałam się przez ostatnie miesiące – odgrzebywaniem dla fanów starych perełek. Im bardziej kiczowatych, tym lepiej. Nawet zrobiłam sobie tę krzywdę, aby obejrzeć jednego dnia „Mortal Kombat” i jego tegoroczny remake (uggh, do wyrzucenia), ale nic nie zastąpi oglądania filmów w ziarnistej jakości i z lektorem…

Zresztą, koreańskie kino jest w jeszcze większym marazmie niż telewizja, dlatego tak kiepsko u mnie z filmami jak na razie w tym roku. Wiadomo, że sytuacja epidemiologiczna w Korei nie sprzyja zbijaniu kolejnych rekordów box office, którym ichniejszy przemysł chełpił się przez ostatnią dekadę, ale jest po prostu taka posucha, że pomimo obserwowania przeze mnie na social media najróżniejszych firm dystrybucyjnych i studiów, nie pamiętam, aby cokolwiek miało premierę w tym półroczu. Teraz mam na radarze jedynie „Escape From Mogadishu” Ryu Seung Wana, ale nawet nie dochodzą mnie żadne słuchy o jakiś nowych niezależnych perełkach z festiwali filmowych… Z okazji MFF Nowe Horyzonty obejrzałam „The Woman Who Ran” Hong Sang Soo (mój trzeci DOPIERO koreański film, jaki obejrzałam w tym roku, hahaha) i było to dokładnie to, czego się można spodziewać po tym reżyserze.

Jedyne odstępstwo od reguł Hong Sang Soo – brak soju na stole

Kiedy głównie siedzę w domu i oglądam nocami cokolwiek, co nie sprawi, że przysnę, prym wiodą genre movies czyli horrory, jedyny zwycięzca w tej sytuacji, bo jednak najlepiej się je ogląda samemu w domu, akcyjniaki i science-fiction, chociaż zamiast współczesnych special effect extravaganza obejrzałam po raz pierwszy lub odświeżyłam w ostatnich miesiącach naprawdę sporo filmów z lat 80. i 90. Zajmują one specjalne miejsce w moim serduszku i są właśnie tym, czego koreańskie kino nie może mi zastąpić, zważywszy jak wyglądało w tamtych czasach…

Tak więc to rzadka okazja, bo przysięgłam sobie trzymać się konceptu i nie pisać o wszystkim i niczym, tylko o koreańskim kontekście, ale nawet nie mam z kim podzielić się moim entuzjazmem – najbliżsi znajomi już przeżyli tę tyradę. Chętnie poczytam, co jest waszym guilty pleasure, chyba że to właśnie cukierkowe koreańskie romanse…? Moim punktem załamania w tym roku było „A Love So Beautiful” – niby to żaden wysiłek włączyć coś, żeby leciało w tle, ale wytrzymałam może dwa odcinki i poczułam, że jestem na to za stara i nie będę się zmuszać do „odhaczenia” tego tytułu tylko dlatego, że jest dostępny na polskim Netfliksie.

Dla kontrastu, oto co mnie odciągnęło od koreańskich dram i filmów i ubawiło niemiłosiernie z najróżniejszych powodów: science-fiction klasy B. Mając już za pasem wszystkie największe hity gatunku, nie ukrywam, że czerpię wielką przyjemność z odkrywania tych filmów, które są tak złe, że obecnie dobre. Najlepsza horror-podróbka „Terminatora”, o której nigdy nie słyszeliście – „Hardware” (1990):

Buddy cop movie, noir, kosmici i wysocy Europejczycy czyli „Dark Angel” z Dolphen Lundgrenem oraz „Split Second” z Rutgerem Hauerem:

Bryka z radioaktywną zawartością w „Repo Man” (1984) i magiczne okularki w „They Live” (1988):

Filmy, których nie wiecie, że potrzebujecie. Z całym szacunkiem do „Highlandera”, mimo że „Highlander 2: The Quickening” jest uznawane za jeden z najgorszych filmów w historii, to mnie całkiem ubawił swoją bezczelnością i łączeniem dosłownie wszystkiego – dlaczego nikt tego nie rozpatruje jak komedii na poziomie „Army of Darkness” w kontraście do oryginalnego „Evil Dead”?

Sequele „Universal Soldier”. Pięćdziesiąte wskrzeszenie Dolpha Lundgrena, który ginie w każdym filmie, ale „Universal Soldier: Day of Reckoning” (2012) jest tego warte dla każdej kolejnej szansy na jego zwariowane monologi oraz niesamowitą zrzynkę z „Czasu apokalipsy”, która nagle robi z tego filmu niemalże arthouse.

I wiecie, mogłabym tak wymieniać i wymieniać najróżniejsze filmy z przebrzmiałymi herosami, którzy nie doczekali się takiej spuścizny co Schwarzenegger czy Stallone, ale jest dla nich specjalne miejsce w moim sercu… Wracając do koreańskiego wątku, co prawda wpadłam w króliczą dziurę starych filmów akcji, a co roku znajduję sobie inną, która mnie odciąga od tematyki tego bloga, to jednak w tym wszystkim chodzi tak naprawdę o to, że koreańskie kino przestało mnie już tak ekscytować. Co się stało z odważnymi thrillerami zemsty? To był intensywny rozbłysk, jeśli chodzi o międzynarodowy sukces „Parasite” (2018), ale od tamtego czasu żyjemy niestety w covidowym marazmie, któremu niestety nie sposób zapobiec. Nawet nie mam koreańskiego odpowiednika kultowych filmów klasy B, które bawiłyby mnie obecnie swoją kiczowatością… O ile sięgam pamięcią, „Natural City” (2003) czy „Yesterday” (2002) są po prostu nużące i chyba ubiegające lata nie zmienią mojej opinii o nich.

Cóż, pora zweryfikować recenzje tegorocznych dram i obejrzeć dla zasady kilka tych powierzchownie „najlepszych”, jak już nawet znajomi się mnie pytają, co tak słabo z tym blogiem.

8 komentarzy dotyczących “No i minęło ponad pół roku w mgnieniu oka…

  1. Ucieszyłam się bardzo widząc nowe wpisy na twoim blogu. Regularnie odwiedzam twój blog wypatrując interesujących wpisów, rekomendacji filmów lub dram . Także miło jest widzieć twój powrót do aktywności blogowej po dłuższej przerwie. Mam podobne odczucia dotyczące koreańskich dram. Nic specjalnie nie wzbudza mojego zainteresowania , nie wyczekuję też z entuzjazmem nowych dram. Moim światełkiem w tunelu były thrillery lub mroczniejsze, o cięższej tematyce dramy Netflixa. Z tegorocznych perełek mogę polecić dramy : D.P. z Netflixa, lub Taxi Driver SBS lub Mouse z tvN ora Youth of May KBS.

    Polubienie

  2. windflower

    Co jakiś czas zaglądałam na twojego bloga z nieśmiałymi oczekiwaniami, że pojawi się coś nowego i bardzo się cieszę, że widzę cię z powrotem <3 Ja co prawda nie siedzę w koreańskich produkcjach tak długo jak ty, moja przygoda zaczęła się w 2017 roku, ale niestety ja też czuję wypalenie (?). Standardowo oglądałam powyżej 40 dram na rok, w tym roku widziałam tylko 9, z czego 5 jest dramami chińskimi, w które wciągnęłam się w zeszłym roku. Korea przestała mnie fascynować, ekscytować… przeglądam te zapowiedzi, oglądam zwiastuny i nie ma nic, co by mnie zainteresowało, a kiedy już łamię się i sięgam po coś popularnego… to nie jestem w stanie wytrwać do końca i znudzona porzucam. Strasznie mnie to boli, bo kiedyś nie wyobrażałam sobie dnia bez odcinka koreańskiej dramy, a teraz to wszystko wygasło… I nie mam pojęcia, czy to moja wina, czy to rynek mnie zawodzi.

    Polubienie

  3. Fajnie, że znowu Jesteś i publikujesz!

    Polubienie

  4. Zajrzałem z przekonaniem, że pewnie pusto :) Mimo, że mam masę filmów z Twoich recenzji „do obejrzenia”, jakoś dziwnie nie ciągnie do koreańskiego kina, choć w tym roku pierwszy raz przyrządzałem coś a’la kimchi. Netflixowe Vincenzo nastawiało okładką na dramę w stylu noir, ale okazało się wszystkim tylko nie tym (utknąłem w połowie sezonu). Po świetnych flixowych Life i Hienie, wciąż mam nadzieję trafić na jakąś perełkę, ale póki co się odbijam… Spin-off do Kingdom z podtytułem Ashin of the North na pewno stoi na wysokim poziomie. Poza tym Noc w Raju (2020) to bardzo spokojny „john wick” z pięknymi zdjęciami i naciskiem na SPOKOJNY.

    Z pozaflixowych natrafiłem na ciekawe filmy z 2019: Cheer Up Mister Lee oraz Hwang-geo: yu-kwan-sun i-ya-gi. Oba w całkiem innym klimacie, oba także po raz kolejny udowodniły mi, że nie ma co patrzeć na oceny większości w Internetach…

    I tyle z nowości, nadgoniłem także Płatek (1996), który kiedyś recenzowałaś, ale nie mam nerwów, by go oceniać, a nawet wspominać… Napaliłem się także jak wariat na przetłumaczenie trylogii The General’s Son, ale zaskoczyła mnie masa innej roboty albo słomiany zapał… I jestem gdzieś w połowie pierwszego filmu. Może w jesienne wieczory się uda, w kolejce mam także Jageun yeonmot (2009), The President’s Last Bang (2005), President’s Barber (2004) i kilka niekoreańskich.

    Amerykańskie hity jakoś omijam i od biedy losowo rzucam się na różne inne azjatyckie filmy, no i są też anime. Kiczowate horrory to niestety nie mój kawałek pizzy, chociaż wychowałem się na zarywaniu nocek czytając takowe, więc jestem w stanie zrozumieć, że mogą komuś smakować. Pozdrawiam i życzę wszystkim po prostu ekscytacji podczas seansu; nieważne czy oglądacie japońskie gore czy belgijkie romanse.

    Polubienie

    • „Netflixowe Vincenzo nastawiało okładką na dramę w stylu noir, ale okazało się wszystkim tylko nie tym (utknąłem w połowie sezonu).” Vincenzo nie oglądałam, bo jeden z tagów: komedia, mnie odstraszył. Niektórzy piszą przy okazji The devil judge, że drama jest tym, czym, chcieli, aby było Vincenzo. W The devil Judge humor jest sporadyczny, całość jest przyciężka, dla niektórych widzów może zbyt depresyjna. Ale przedstawia świat dystopii w stylu „Mrocznego rycerza” czy „Jokera”, więc można się pocieszyć po odcinkach dramy, że nasz świat nie jeszcze taki straszny.

      Polubienie

      • Fakt, komedia, a nawet spokojnie satyra. Zwłaszcza jak zaczynają się rozprawy… Właśnie w tym problem, najlepiej nie mieć oczekiwań, nie patrzeć na tagi, opisy, trailery i chłonąć… Tak jak nie tykać recenzji przed seansem :) Devil Judge pewnie sprawdzę, może przypadnie do gustu. Tymczasem nadrobiłem „D.P. z Netflixa” i polecam ze względu na równowagę między komedią, a dramatem. I tylko 6 odcinków.

        Polubienie

  5. Kilka tegorocznych dram mnie wciągnęło. Na pewno Beyond evil i The devil judge. Obie dramy kryminalne, pierwsza bardziej typowo kryminalna, druga bardziej jak Batman w skrzyżowaniu z Jokerem. Pierwsza może lepsza pod względem logiki scenariusza, ale to druga mnie zaczarowała. Jak zwykle normalnie, z dnia na dzień, zaczynam kolejną dramę po zakończeniu jednej, tak po tej nie potrafię. Wszystko co zaczynam oglądać po The devil judge wydaje mi się w porównaniu z tą dramą miałkie, zbyt normalne.

    Polubienie

  6. uff. Ja czekam na każdy wpis a wypaleniu też. Dla mnie ten blog jest moją biblioteką, katalogiem z poleceniami i niejednym ostrzeżeniem, nieraz się z nimi kłócę, inne przywłaszczam. Dobrze się czyta, dlatego dzięki za znajomych co mobilizują. Przede mną całe mnóstwo staroci a do tego wychodzą nowe ( Move to Heaven, Mad for Each Other, Vincenzo, Beyond Evil…)

    Polubienie

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s

Ta witryna wykorzystuje usługę Akismet aby zredukować ilość spamu. Dowiedz się w jaki sposób dane w twoich komentarzach są przetwarzane.

%d blogerów lubi to: