Cafe Noir

3.1Znane też jako: Kape Neuwareu, 카페 느와르

Na podstawie: pomysł oryginalny

Gatunek: dramat

Reżyseria: Jung Sung Il

Premiera: 2010

Obsada: Shin Ha Kyun, Jung Yumi, Moon Jung Hee, Kim Hye Na, Yozoh

.

I co mam niby napisać? Ambitnie porwałam się na ponad trzygodzinny, niezależny film będący debiutem reżyserskim słynnego krytyka filmowego i jedyne, co mogę zrobić, to powtórzyć innymi słowami wszystko, co potem doczytałam, próbując w jakikolwiek sposób zrozumieć ten film. Szczerze mówiąc, przygotowywałam się do wielkiej krytyki. Nie jestem osobą, która udaje wielką intelektualistkę – po prostu lubię dobre, komercyjne kino, które i dostarczy mi rozrywki, i jeszcze wzbudzi jakieś refleksje. Kino niezależne natomiast najczęściej kojarzy mi się z nudnymi filmami, których wartość widzą jedynie reżyser lub jury jakiś niszowych festiwali. „Cafe Noir” jednak dało się jakoś przeżyć przez te trzy godziny, nawet więcej, film ten tak dziwnie przyciągał, ponieważ kompletnie nie było wiadomo, czym znowu reżyser zaskoczy…

Recenzowany tytuł opiera się w głównej mierze na dwóch powieściach – „Cierpieniach młodego Wertera” Goethego i „Białych nocach” Dostojewskiego – dzieląc się wyraźnie na dwie części rozdzielone czołówką filmu, która pojawia się po blisko stu minutach jego trwania (!). Główny bohater Young Soo jest nauczycielem muzyki, który najpierw w pierwszej połowie przeżywa bolesny zawód miłosny, kiedy wraca mąż matki jednej z jego uczennic. Stwierdza ona, że nie mogą już dłużej ze sobą być. Nie powodzi się próba zabicia męża, a w jakiejś dziwnej wizji Young Soo spotyka syrenę, która mówi mu, że nie powinien się spodziewać po tej miłości niczego innego poza katuszami…

Przyznam, że „Cierpienia młodego Wertera” nie są moją ulubioną powieścią, chyba jak wielu innych ludzi, dlatego bardziej niż azjatyckie, bardziej powściągliwe w uczuciach spojrzenie na to dzieło, interesowały mnie luźne skojarzenia filmowe. Pojawiły się jasne nawiązania do „Oldboya” i „The Host” w monologach, ale także czerwony balonik trzymany wielokrotnie przez zakochaną w Young Soo kobietę, który może nie dzięki jakiejś potencjalnie niesionej treści, ale po prostu swoim widokiem mógł przywieść na myśl „Czerwony balonik” Alberta Lamorrisse’a.

Przeczytałam zresztą opinię, że „Cafe Noir” jest ukłonem w stronę francuskiego kina. Rzeczywiście film ten wydaje się być w swoim klimacie bardziej europejski niż azjatycki, ale druga część pomimo fabuły zaczerpniętej z „Białych nocy” zawiera w sobie wiele cech francuskiej la nouvelle vague z lat 60. Young Soo tym razem niczym bohater powieści Dostojewskiego spotyka kobietę czekającą na powrót swojego ukochanego. Ona opowiada mu historię ich rozstania sprzed roku, a on zakochuje się w niej w ciągu jednego dnia, by potem tylko znowu przeżyć wielki zawód. Wizualnie przypomina to właśnie nową falę, kiedy reżyser Jung Sung Il eksperymentuje, używając na zmianę czarno-białych i kolorowych zdjęć, ale mamy tez bezpośrednią reminiscencję sceny tanecznej z „Amatorskiego gangu” Jean-Luca Godarda w postaci zabawnego wykonania przez Jung Yumi. Oczywiście te wszystkie mądre rzeczy wyczytałam po obejrzeniu filmu, ponieważ osobiście znam z tego nurtu tylko „Kobietę i mężczyznę” Claude’a Leloucha. Mimo to mogłabym znaleźć jakiś wspólny łącznik pomiędzy tym filmem, a recenzowanym „Cafe Noir” na dowód ogólnej inspiracji la nouvelle vogue. Jung Yumi gra dość archetypiczną, lekkomyślną bohaterkę, która przyciąga.

„Cafe Noir” jest filmem jedynym w swoim rodzaju, który zapożycza wiele, ale mimo to nie wydaje się być kopią. Z pewnością wolę takie kino niezależne od filmów Hong Sang Soo.

Reklamy